poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wolę Gdynię

Lunch w Barracuda, Gdynia - 28 kwietnia 2013

Pomyśl sobie - spacerujesz bulwarem nadmorskim, obok wzgórza zachęcające do wędrówek (z zachowaną baterią artyleryjską obrony wybrzeża dalekiego zasięgu, można pokręcić sobie prawdziwą armatą), my przytupaliśmy tu z Sopotu, a zaraz zaczyna się plaża. Jak ktoś lubi to nawet Klub Morsów ;) - wczoraj pogoda była tylko dla morsów.

Deptakiem sunie tłumek, nie ma kawiarni, knajpek - i widzisz elegancki pawilon z restauracją, widok na port w Gdyni i słynny wieżowiec.
I od razu myślisz sobie - o tutaj dopiero będą zdzierali! Jak można się pomylić, bo już nie jesteśmy w Sopocie a w Gdyni.  I wystarczyło by ceny znormalniały a jakość wzrosła.

Barracuda, bo tak zowie się to miejsce, jest miejscem eleganckim, ale bez przesady, jednak to knajpa dla tych co wybrali się na spacer.  Z wewnątrz patrzymy się na bulwar, morze, port
sam widok wart sporo.  A jedzenie warte jeszcze więcej.

Prostym testem na restaurację w turystycznym miejscu jest wino domowe - czy nadaje się do picia i w jakiej cenie? I tu pierwszy miły akcent Barracudy - białe Sauvignon Blanc i Viognier z Langwedocji za 62zł za butelkę (9zł za lampkę) - wino wytrawne, ale dzięki Viognier z nutą owocowo-kwiatową.  Można pić same, świetne do ryb.  Woda też w ludzkiej cenie ;)

No i to, że podają czekadełko - super świeża (ciepła) bułeczka z pastą z makreli - takie proste, ale dla głodnego ratunek przy czekaniu na danie.

Dania zamówiliśmy nietypowe.  Aga - ser kozi smażony w cieście filo na chutneyu z pomidorów z rukolą.  Danie absolutnie świetne i mimo, że oferowane jako zakąska w wielkości wystarczającej na główne. Ser ciepły, mocno kozi doskonale kompunuje się ze słodko-kwaśnymi pomidorami, a do tego lekko gorzkawa rukola, niebo w gębie.  Już Aga dopytywała się czy potrafię taki zrobić.
A ja wziąłem pieczonego halibuta na ratatuj z pieczonymi ziemniakami i oddzielnie koktajlem z krewetek. Danie bardzo śmieszne, bo wszystkie składniki oddzielnie doskonałe, ale jako całość to nie do końca gra.  Tylko ziemniaki z krewetką świetne jako kombinacja :) Ale nie narzekam - jadłem "po kolei" i było bardzo smakowite.
Taki halibut - już prawie zapomniałem o tej rybie, a tak ją lubię.

W sumie zapłaciliśmy stówkę (w tym dwie kawy) ale warto, najedzeni ruszyliśmy w powrotną drogę.  Więc proszę państwa - wypnijmy się na zdzierczy Sopot i do Gdyni, do Gdyni!





niedziela, 28 kwietnia 2013

Czy dla 8zł warto robić klienta w ch...?

Monte i Vino - Sopot 27 kwietnia 2013

Jaka jest godziwa marża na wodzie?  Z pewnością taka, którą klient jest gotów zapłacić, ale czasem trzeba się zastanowić czy naprawdę warto ładować klienta w ch... dla 6 czy 8 złotych?  Jeśli ktoś sprzedaje w knajpie butelkę Cisowianki, ok Cisowianki Perlage, takiej luksusowej za 1,50zł z 500% marżą to ma gruby narzut.  Ale jeśli sprzedaje ją z 1000% marżą, czyli rząda za butelkę 700ml zwykłej polskiej wody 16zł, to jest po prostu naciągaczem.

I niezależnie jak dopracowane będą jego dania i niezłe wino, to w moich oczach pozostaje naciągaczem spod egipskich ruin.  Czy kupując wodę od takiego Araba w Egipcie czujemy się oszukani?  Tak - i tak samo czuję się jako były klient Monte i Wino.  Rozumiem, że w Sopocie uważa się, że Warszawka wszystko łyknie i ją stać.  Więc rżnimy jeleni jak można i na czym można.  Dorobimy się fortuny ze te dodatkowe 8zł (może nawet 6zł bo pewnie nawet 10zł za butelkę oburzenia by nie wywołało) - tak niecałe 3% rachunku.  Już możemy liczyć zera na koncie.

Po czymś takim mam ochotę namawiać do bojkotowania miejsca, której poza tym jest całkiem przyzwoite.  Ale wspieranie cwaniaczków uważam za niemoralne.

Chwali się winem i jak się lepiej na półkach pogrzebie to poniżej 100zł da się znaleźć niezłe. Portugalska Głowa Byka (Cabeca de Toiro) to solidne wino z Tejo, zbudowane na Tourgia Nacional, mocno taninowe, ale i z dużą dawką owoców.  Adze bardzo smakowało, dobrze komponowało się z serem i grzybami.  Przydało by mu się jeszcze poleżeć z rok lub dwa by taniny złagodniały, z drugiej strony nie wiem jaki czas życia ma to wino z 2008r. Ale 97zł to w miarę porządna cena - choć w Portugalii w knajpie 25Eur za takie wino by mnie oburzyło.  Jesteśmy jednak w Sopocie.

Tak z serem, bo na przystawkę Aga wzięła taką oto cykorię z gorgonzolą:
ja zaś carpaccio wołowe z truflą, do którego nie wiem po co dodano suszonych pomidorów.  Ich smak zdecydowanie kłócił się z truflą, ale wyjadłem je najpierw i problemu nie było.
Drugie, to ja wspomniałem papardele z borowikami oraz u mnie ogromna porcja risotto frutti di mare.  Bardzo dobre (choć znowu ten suszony pomidor mocno dominował), ale zwierzaków obficie, akuratnie zrobione.

Jeszcze na koniec kawa i po kieliszeczku świetnego LBV (Late Bottled Vintage) Porto.

Dotychczas było super, szczególnie, że w MiW siedzi się wygodnie, na fotelowych krzesłach, niespiesznie, nawet jeśli w koło ostry gwar (miejsce jest pełne).  No i pojawia się rachunek z taką bandycką Cisowanką i już nie czujesz się klientem, ale małym ch... z Warszawy, którego należy ogolić do zera i zarobić krocie na sprzedaży mu wody.  Pewnie warto...

sobota, 27 kwietnia 2013

Wieczorem w Sopocie

Była Oriental Thai Kitchen - Sopot, 26 kwietnia 2013

Może zacznę od wyjaśnienia - dlaczego była? Bo miejsce właśnie zmieniło nazwę, przerobiło kartę (o tym więcej) i chyba ogólnie przeszło pozytywne przeobrażenie.  Niestety nowej nazwy nie zapamiętałem (a na paragonie tylko nazwa spółki zarządzającej), zbyt wydumana, ale lokalizacja ta sama - na Monciaku pod 31, wychodzi na plac przykościelny.

No a skąd się wziąłem w Sopocie?  Tym razem to nie mój wyjazd służbowy ale Agi. Prowadzi szkolenie (trzymam kciuki ;)) więc wieczorem zjechaliśmy do Sopotu. Czyli tym razem jako osoba towarzysząca.

Jeszcze przed zachodem słońca, a właściwie falą mgły wpadliśmy na molo i zgodnie z najlepszą nadmorską tradycją uraczyliśmy się goframi.  Byliśmy tak spragnieni tego przysmaku z dzieciństwa, że wzięliśmy je w pierwszym miejscu gofrowy (chyba nazywa się to Bar Kropka).  Mój gofr z cukrem pudrem przywoływał wszystkie słoneczne wspomnienia z Jastrzębiej Góry, Kołobrzegu czy tegoż Sopotu, gdy dreptałem tu jako kilkulatek. Świeżutki, lekko chrupiący, słodki, acz nie za bardzo. A że zrobiło się nagle zimno, to i trochę kalorii się przydało.

Potem jeszcze pospacerowaliśmy, ale głód przypomniał o sobie - i gdzie tu pójść?  Ideę smażonej flądry szybko porzuciłem, jakoś nie wierzę w te nasze smażalnie. Pierwszy pomysł to Monte i Vino bo i jeść tam dają nieźle. Ale drepczemy dalej i widzimy tajską knajpę przed którą kręcą się azjaci.  To ogólnie dobry znak.  W dodatku Aga jest strasznie spięta przed wykładem i wina pić nie będzie, a tajska kuchnia świetnie sobie radzi bez alkoholu. Zresztą szczerze mówiąc zwabił mnie napis - zupa z makaronem ryżowym i pieczoną kaczką.

Pierwsi klienci wieczorem dostajemy dwie karty - mocno przechodzoną książeczkę i prostą ofoliowaną kartkę z mniej-więcej szesnastoma daniami.  Sekret wyjaśnia się szybko - nowy jadłospis. No i zaraz też sprawdzam czemu nowy - ceny zdecydowanie obniżone.  No nie dziwię się, poprzednie nawet jak na warszawskie warunki były wysokie, 45zł za makaron - no nie wiem kto byłby tyle skłonny płacić.

Więc zamawiamy, ja - zupę i sałatkę - do wyboru jest tylko z owocami morza, Aga takie inne Pad Thai - bo z makaronem sojowym.

Zupa jest niewatpliwie gwoździem programu, za 28zł duża micha słodko sojowego, intensywnego wywaru w którym obficie pływają plastry piersi kaczej - nie wysuszonej czy przegotowanej, ale jeszcze z lekko chrupką skórką.  Kiełki mają idealną teksturę i całość komponuje się w znakomite główne danie, szczególnie po dodaniu odrobiny chili.

Pad Thai dodania chili zdecydowanie wymaga, poza tym jest odpowiednio słodkie, orzechy trzeba wymieszać samemu, ale cztery krewetki słusznych rozmiarów.  Ja bym się samym tym nie najadł, więc moim zdaniem mikra porcja za 35zł, ale Adze wystarcza.
Tylko twierdzi, że wolałaby tradycyjne z makaronem ryżowym. No cóż siła przyzwyczajenia.

Sałatka jest typowa - tzn. pikantno-rybno-kwaśna:
Nie pożałowali do niej kalmarów, ale muszę zgłosić trzy zastrzeżenia:
1. Dlaczego u nas tak oszczędzają na kolendrze?  Taka sałatka powinna mieć jej mnóstwo, a tu w ogóle (w zupie znalazłem 3 małe listki).
2. Za to cebuli nie pożałowano, cała góra, takiej zupełnie surowej.  I przykro mi ale to nie jest po tajsku, tylko oszczędnie po polsku, powinna być chociaż lekko podmarynowana
3. 38zł za maleńką porcję to ostro, nawet jeśli owoce morza u nas drogie (uprzednio ta sałatka kosztowała 45zł co już było czystym zdzierstwem).  Może gdyby kolendra zastępowała nadmiar cebuli to przeszłoby to łatwiej przez gardło.  A tak pozostaje nie do końca fajne wrażenie.

Ale zupę polecam z czystym sumieniem.  Miejsce dopiero się organizuje, przy sąsiednim stoliku zamówienie wina okazało się niełatwe, bo nie mieli jeszcze karty win i wycenionych trunków, ale pan kelner okazał się bardzo pomocny i jednak dziewczę solidną lampkę wina dostało.  Nie wiem czy dobre, ale podane elegancko, nawet w leciutko ogrzanym kieliszku.  W sumie nieźle, nie wiem jak po tej odmianie ma się do innych orientalnych miejsc w Sopocie, ale życzę im powodzenia i dalszych ulepszeń karty.


piątek, 26 kwietnia 2013

Spacerkiem po Warszawie


Różne miejsca, Warszawa - kwiecień 2013

Jakoś ostatnio na szczęście nigdzie nie wyjeżdżam, więc póki co nowych postów z podróży nie ma. Będąc w Warszawie czasem zdaża mi się gdzieś trafić, co ciekawe z pozytywnymi wynikami.

Zacznijmy od pierwszego lunchu w Aioli, gdzie wpadłem z synem na hamburgera. Aioli
http://www.aioli-cantine.com/index.php odwiedzam dość chętnie. Bardzo lubię tamtejszą pizze - i zwykłą z szynką i rukolą i pizzę taleggio, świetny stosunek ceny do smaku ma hiszpańska kiełbaska w bułce czyli kanapka z chorizo, niezła jest jagnięcina w chlebku pita z harissą.  Ale tym razem u mnie był lamburger
a do tego bardzo fajny jabcok Lajk
który jednak mógłby być nie dosładzany sokiem jabłkowym, no i nie kosztować za małą flaszkę 12zł. Ale dobrze się pije i dużo go nie trzeba, nastrój nam potem bardzo poweselał.  Hamburgery w Aioli są niezłe, choć wołowe zbyt wysmażone.  Za to frytki dużo nie ustępują tym najlepszym warszawskim z Renesansu.


Potem był niedzielny postój w Ciao Tutti wracając na rowerach z giełdy minerałów.  Ta mała dziupla przy trasie oferuje bardzo dobrą pizze z szynką i rukolą:
- jedno z najsmaczniejszych ciast pizzy w Warszawie. Zwykle zostawiam brzegi, tutaj wykońzylem pizze do ostatniego okruszka.  Ani, mojej córce margarita smakowała trochę mniej - chyba jej nie odpowiadał sos - cóż nie zna się :) był akuratny.  Do tego woda i lemoniada włoska.  W sam raz by nabrać sił przed dalszą jazdą.

Ostatnio byłem dłużej w biurze i wyszedłem na lunch.  Jest na rogu Siedmiogrodzkiej i Przyokopowej taki obskurny chińczyk co zowie się Asian Lan Anh.  Może i obskurny, ale dla biurowców obok zbawienie w kulinarnej pustyni (choć pobliski Szynk Warszawski miał świetne obiady w dobrych cenach), no i jak chodzi za mną zupa to tam wpadam.  Oczywiście Pho, której jakość systematycznie się poprawia:
tym razem w wydaniu z kurczakiem i wołowiną. Kurczak suchy i pomijalny, ale wołowina świeżo smażona, a i bulion coraz bardziej esencjonalny.  Jeśli uwzględnić, że kosztowało mnie to jedyne 10zł, to świetna relacja ceny do jakości.

A czy mam wspomnieć o Kazimierzu?  Nie żadnej mój kolega ale Kazimierz Dolny nad Wisłą. Byłem tam niedawno i oczywiście w Zielonej Tawernie.  Mam tam swoich faworytów. Aga oczywiście zupę cebulową:
taką jak ona lubi najbardziej, częściowo przetartą ale z całymi pasmami cebuli, słodkawa i esencjonalna choć sera mogliby dawac więcej, i świetne placki ziemniaczane z łososiem. Ja zaeksperymentowałem z zupą gulaszową:
udany, sycący eksperyment z porządną wołowiną i grzankami czosnkowymi, dobrze komponujący się z litewskim kwasem Rycerskim (u nas niestety nie ma wytrawnego kwasu w stylu rosyjskim) no i moją też ulubioną kiełbaskę jagnięcą podawaną z żurawiną.  O cenach nie wspomnę - warszawskie - więc daleko od tematu nie odbiegłem.  Potem tylko żałowaliśmy, że nie spróbowaliśmy nowego miejsca i nie zjedliśmy w Kwadransie - menu wygląda bardzo apetycznie i ładnie pachniało jedzeniem, a wnętrze bardzo ciekawe. Może następnym razem...  Za to kupiliśmy kolejny cudowny pastel Marka Andały (http://www.youtube.com/watch?v=1LjRsXORX1w) i teraz nad komodą otwiera nam się droga w tajemniczym wąwozie, tuż obok jego stodoły wiszącej naprzeciw łóżka.




wtorek, 16 kwietnia 2013

Przyszła wiosna i w kuchni

Wiosna kulinarna w Londynie, 3 South Place Bar & Grill, Londyn - 15 kwietnia

W końcu zimę trafił szlag i mamy wiosnę. Dziś wieczorem odkurzyłem kijki do nordic walking i przemierzyłem Dolinę Służewiecką. Nie tylko mamy bazie, kwiaty i młodziutkie pokrzywy (niestety ze względu na psy nie nadają się do jedzenia), ale nawet już odezwały się żaby.

A wczoraj wiosna zagościła na stole. Na roboczy lunch wyszliśmy do gastrobaru tuż obok biura w City. Zasiedliśmy przy długim stole, właściwie wszycy mieli ochotę na seafood. Wybór nie był oszałamiający, ale całkiem trafny.

Ja zacząłem od przerzebków zgrillowanych z plastrem white pudding (no nie wiem - wątrobianka? nie do końca, bo o konsystencji bardziej zwartej, choć smak podrobowy) z soczewicą podane w muszlach ze słodkawym sosem. Danie super, tylko przegrzebka jak na lekarstwo, trzy połówki, musiałem jeść bardzo, ale to bardzo małymi kęsami. Uwielbiam dobrze przyrządzone przegrzebki. Ach, jeszcze wspominam te z Szanghaju - tamte były naprawdę solidne. W sumie chyba ta przystawka była najbardziej udana.

Na główne ja zamówiłem bułkę z lokalną (tzn z Morza Północnego) langustą. Już kiedyś w Bostonie spotkałem się z podawaniem langusty w grzance z bułki maślanej i muszę potwierdzić, że to bardzo udana kombinacja. Delikatność bułki maślanej wydobywa słodycz langusty, do tego sałata z sosem majonezowym, nie za mocno czosnkowy. Prawie idealne, choć jak się to je to wygląda się jak prosię, bo rozpada się i rozbiega po stole, a przecież langusty marnować nie będę?! A czemu prawie? Bo z dodatkiem pora, za którym nie przepadam.

I tu też byłem wygrany. Makaron (macaroni - czyli rurki) zapiekany z langustą w sosie homarowym byłby dobry w domu, gdy sos można starannie wylizać, a tak na miskach moi współbiesiadnicy pozostawili sporo pyszności.  Sola z kaparami wyglądała nieźle, ale porcja bez żadnych dodatków za 20 funtów to lekka przesada. Już wychodząc widziałemogromne hamburgery, dwa razy grubsze mięso niż np. to z warszawskiego Aioli.  To chyba danie o najlepszej relacji ceny do wartości.  Ja jednak nie narzekam, szczególnie, że potem przyszła wiosna.

W karcie, w części pod hasłem "dinner" zobaczyłęm rhubarb crumble. Rabarbar w Anglii to inne przeżycie - jest bardziej wyraźny, kwaskowaty, ale mniej włóknisty niż nasz. Zapiekany pod kruszonką był po prostu pycha:
Anglicy chcieli bym topił go w custard - czyli kremie na ciepło, ale ja uważałem, że kombinacja słodkiej kruszonki i wiosennego, kwaśnego smaku rabarbaru jest po prostu idealna.  No i wypełniła niepokojąco puste miejsce w moim żołądku, bo wcześniejszymi daniami się nie objadłem.  Dobrze, że wziąłem espresso, bo inaczej nie przetrzymałbym popołudnia, a tak zasnąłem dopiero w samolocie.





niedziela, 14 kwietnia 2013

Kara za łamanie własnych zasad

Grieg Grill House, Londyn - 14 kwietnia 2013

Mam jedną zasadę - nie prosić się w hotelu o polecenie restauracji. Z reguły polecają miejsca drogie z przeciętnym jedzeniem.
Tym razem po pierwsze poddałem się lenistwu - nie sprawdziłem wcześniej jakie są dobre restauracje w okolicy Green Park, a przecież można było popatrzeć chociażby i na viamichelin i na Evening Standard. Po drugie zawiodła technologia - viamichelin nie działa na moim blackberry, a szukanie czegokolwiek na Evening Standard okazało się zbyt mozolne. Po trzecie nieco spanikowałem. Niedziela, 21:00 - co jeśli nie znajdę nic czynnego? A przecież mogłem po prostu pójść na Chinatown.
Ale dosyć tłumaczeń. Błąd popełniłem - spytałem w concierge i polecono mi Grieg's. Nawet przy menu gdzie w przystawkach królował wędzony łosoś nie zadzwonił ostrzegawczy dzwonek bo zobaczyłem steak and kidney pie - której już tak dawno nie jadłem.
No i pokarało mnie. Na przystawkę szparagi z masłem. Jakoś oczekiwałem czegokolwiek więcej ale dostałem dokładnie to - zielone szparagi ułożone na kałuży roztopionego masła. Nawet nie podano to tego morskiej soli, już nie wspominając o parmezanie czy aceto balsamico. Same szparagi OK, nie rozgotowane, choć nie poodłamywano stwardniałych końców.
O winie zapomniano i dostałem moje pół butelki domowego dopiero jak się upomniałem. Przeciętne Cotes du Rohne, z tych pijanlych, bez wrażenia.
Najbardziej zawiódł steak and kidney pie. Lubię jak jest w nim sporo nereczek a i najlepiej jak używa się dobrze podduszonych kawałków goleni wołowej - z miękkimi wstawkami żelowanych ścięgien i błon. Tu raczej typowo mięsny kawałek - pewnie ligawa, no i nereczek jak na lekarstwo. Dobrze, że sos dobry, wyjadłem go francuskim ciastem z pie.
Sałatka w stylu podle angielskim - ot surowe warzywa polane musztardowym sosem. W sumie nie wiem czego oczekiwałem, ale czegoś więcej za ponad 5 funtów.
Byłem tak smutny, że wziąłem creme caramel i choć tutaj nie rozczarowałem się. Trzeba było tylko pozbyć się dodanej sztucznej bitej śmietany i sam creme był idealny, z dobrą ilością sosu. Cukier na poprawę nastroju.
Na koniec przyszedł rachunek i tu widać rip off England. Woda 6 funtów. Dopisują 12.5% za obsługę no i nazbierało się 70 funtów. Za posiłek, który powinien kosztować 70zł, no dobra 100.  Dobrze, że diety dostanę za dwa dni - właśnie wystarczą na tę jedną kolację. Lenistwo i łamanie zasad zostało ukarane.

sobota, 13 kwietnia 2013

Wsiąść do pociągu, byle do Łodzi

Łódź - 13 kwietnia 2013

Dziś czekała mnie wyprawa do Łodzi. Wstałem o 4:15 by zdążyć na PKP mknący do Jeleniej Góry przez Kaliską o 5:30, oczywiście opóźniony 15 min na starcie.

Wiedząc z czym mam do czynienia przygotowałem kanapki. Ostatnio mam dwa ulubione chleby razowe.  Pełnoziarnisty Oskroby - ciemny, czyli musi dobarwiany karmelem, ale mocno gliniasty, nie pozostawiający uczucia kwasu, z całymi ziarnami, miękkimi doskonały.  Z tego właśnie chleba zrobiłem dwie znakomite kanapki - jedną ze świeżym brie Ermitage, który lekko dojrzał w transporcie i rozpływał się razem z kruszącym nieco się chlebem, drugą z szynką z tłuszczykiem z bazarku na Wałbrzyskiej.  Dawno już nie jadłem pożądnej soczystej, wędzonej szynki nie ociekającej chemiczną wodą.

Drugi chleb to zwany pełne ziarno z piekarni Orężna, mającej sklepik przy Al. Lotników. Ten jest jeszcze lepszy, nie barwiony, a za to ma chrupką skórkę niespotykaną w razowcach. Nie wiem na czym polega jego sekret, ale smak jest świetny i kosztuje grosze - za kawałek na dwa dni płacę koło 3.50zł. Dziś akurat go nie miałem ;)

Do kanapek wziąłem flat white - jedyną pijalną kawę w Coffee Heaven, dobrze zlokalizowanej przy wejściu na perony.  Za to pieprzony automat do wody na trzecim peronie zeżarł 3zł i nie wydał wody. Żadnej możliwości reklamacji.

Łódź powitała mnie w słońcu widokami rosyjsko-secesyjnymi

i zachęcając do pozostania festiwalem Rubinstaina.

Dzisiaj chciało się wybrać na spacer, np. śladami żydowskimi, ale czasu nie było. Seminarium, a potem z powrotem by złapać pociąg na Widzewie. Po drodze kupiłem chałkę, jako przekąskę do pociągu, coś jeść trzeba, a wiadomo, że zjadliwe jedzenie w drodze u nas nie istnieje.

Chałki nie jadłem już ze dwa miesiące.  Potem w domku wziąłem sobie jeszcze kromkę z kiełbasą i ogórkiem kwaszonym, jak lubię.

Nie doczekawszy się na tramwaj, który i tak w Łodzi wlecze się niemiłosiernie, pędziłem taksi tylko by się dowiedzieć, że godzina na bilecie jest oczywiście nieprawidłowa i pociąg dopiero za 15 minut.  Ale za to miał 20 minut planowego postoju na Zachodnim, ciekawe co za Geniusz Karpat układa ten rozkład.  Kolejarz pewnie, ten sam co przez ostatnie 58 lat, pewnie rzeczy się nie zmieniają.  I może to jest pocieszające?!


Nie mogę się oprzeć

Vincent, Warszawa - 11 kwietnia 2013

Będąc w Centrum nie mogę się oprzeć pokusie wpadnięcia do Vincenta.  Wiem, że pieczywo jest tuczące, ale ten smak jest znakomity.

To mój ulubiony zestaw:
i mojego syna również. Croissanty Vincent robi najlepsze na wschód od Belgii, puszyste, maślane z chrupiącą skórką, a i jest jednym z nielicznych ciągle miejsc gdzie espresso nie równa się pół wiadra wody dolanej do kawy.  Rozkosz podniebienia.

Przynajmniej bagietki tym razem nie kupiłem, usiłuję przerzucić się na ciemny chleb ;)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Uczta na Pradze

Kuchnia Funkcjonalna, Warszawa Praga - 10 kwietnia 2013

Wczoraj były urodziny Agi i po rozważaniu między Opasłym Tomem i Żurawiną postanowiliśmy wypróbować nowe miejsce - Kuchnię Funkcjonalną na Jakubowskiej na Pradze.

Miejsce z zewnątrz niepozorne, obłażący mur i trzeba obejść od Estońskiej, ale wnętrze naprawdę funkcjonalne ;) proste drewniane stoły, przykryte papierem.  Usiedliśmy na górze gdzie przez połaciowe okno wpada dużo światła, lustro je doświetla, a z góry ciekawy widok na bar.  Byliśmy wcześnie, więc sami, ale nam to wcale nie przeszkadzało.

Zdecydowaliśmy się na zupę, ja chrzanową z wkładką z kiełbasy z dzika, Aga przecieraną z warzyw z chipsami pitowymi.
Chrzanowa to jak nalepszy barszcz chrzanowy na święta, kremowa, wyraźna. Warzywna ostra, z curry, chipsy chrupiące.  Obie zupy bardzo dobre.

Na wspólną przystawkę wzieliśmy placki jaglane, mocno czosnkowe z wiórami buraka, lekko podkwaszonymi i śmietaną.  Dawno już nie jadłem takiego fajnego dania i przekonałem się, że burak to nie trucizna z czasów dzieciństwa.

Na główne ja wziąłem zachwalaną przez Nowaka koźlinę, która z wyglądu nie wzbudza zaufania
ale w rzeczywistości jest pysznym duszonym mięsem, wyraźnym, mięciutkim, pasującym do słodkich gotowanych warzyw. Zaś orzotto (bo pęczak przyrządzany jak risotto, tak właśnie się nazywa) z serem pleśniowym, orzechami i plastrami sera to danie badzo w stylu Agi.  Dodatek mięty zaostrzał smak.

Byliśmy już prawie pełni, jednak było trochę miejsca więc wzięliśmy deskę serów.  Nie było ich pięć, tylko cztery - z błękitną pleśnią, bardzo ciekawy dojrzewający z ziołami, moim zdaniem najlepszy był owczy Mazuriano - świetny ser, nie wiem czemu porównywany do pecorino romano, bo o wiele bardziej interesujący, oraz kozi.  Do tego talerzyk miodu, fajny do nurzania błekitnego pleśniaka, a potem dobrze pasował jako kanapka do kawy. Kawy zresztą prawidłowe - ristretto dla mnie, Aga woli cappucino. I kieliszek świetnej nalewki etiuda na kwiecie czarnego bzu.

Wzięliśmy butelkę wina z Castilla y Leon - stylizowany na bordeaux super hiszpan.  No nie do końca w moim stylu i nie warte swoich 138zł.  Nie lubię posmaków wiśniowych w winie, zbyt lekko-owocowe, chyba lepszym wyborem byłoby coś cięższego. 

Kelner bardzo uważny, Agę troche śmieszyła jego wszechobecność, ale coś przecież musiał robić gdy miał jedynych gości ;)

Czy było to warte 350zł? Myślę, że poza ceną wina (nie wiem czy ich wino karafkowe, o połowę tańsze nie byłoby bardziej udane) tak.  Polecam.



środa, 10 kwietnia 2013

Skosztujmy Japonii

Kisaku, restauracja japońska - Dubaj, 08 kwietnia 2013 (JUŻ NIE ISTNIEJE)

Kuchnię japońską lubię po prostu bardzo. Niestety niewiele mam okazji by spróbować jedzenia japońskiego wyższej klasy.  Najbliżej nas to chyba w Duesseldorfie, gdzie w bocznych uliczkach gnieżdżą się fantastyczne restauracyjki jak np. Hyuga (płatność tylko gotówką).

No ale do Duesseldorfu nie wybieram się, więc skorzystałem z okazji zjedzenia japońszczyzny w Dubaju.  Dzięki Time Out wybrałem Kisaku tuż obok Hiltona więc nie musiałem jechać taksówką. Dania japońskie dobrze dzielić, bo wtedy więcej się spróbuje, oczywiście pod warunkiem, że pozycje z menu są dostępne, co akurat w Kisaku było największym problemem.

Na początek miałem ochotę na kinpira czyli duszony łopian (?) ale oczywiście nie było, więc musieliśmy zmienić na tuńczyka ze sfermentowaną soją.
Był to niezbyt udany eksperyment - tuńczyk bez zarzutu, ale soja raczej bez smaku i wbrew temu co oczekiwałem kompletnie niesłona.

Na wszelki wypadek trzeba wziąć sushi i to zrobiłem. Świetny pomysł, bo sushi znakomite - grube kawałki świeżej ryby, zwięzły ryż nie przekwaszony i nie przesłodzony. Szczególnie dobrze smakowały przegrzebki i hummur (lokalna ryba) nieco tłustsza podana z tartym imbirem.
Zresztą yellowtail też był znakomity, zwięzły i soczysty.  Szkoda, że nie mieli tłustego tuńczyka.

Najfajniejszym daniem był dorsz pieczony ze słodkim miso.

Dorsz jest wyjątkowo trudną rybą bo przetrzymanie go przez chwilę dłużej gwarantuje nam wióry. Ale w Kisaku dopilnowano, by był w pełni upieczony, ale soczysty, morsko-słodki z interesująco tłustą skórką, do zagryzienia łodyga imbiru, trawa morska i tarta rzodkiew. Do kompletu przydałoby się jeszcze jakieś warzywo, ale miejsca już brakowało.

Spróbowałem też sałatki sashimi wziętej przez V. gdzie na drobno posiekanej kapuście i cebulce podano plastry świeżej ryby z sosem, moim zdaniem lekko zbyt majonezowym, choć interesująco musztardowym. Posypane orzechami i przypieczonymi płatkami czegoś - nie wiem, migdała czy churpkiego ciasta. Całość ciekawa, choć ja musiałem wyrzucić cebulę.

W sumie doświadczenie nie tanie - głównie cenę podbija sushi, średnio, 20AED za sztukę (18zł), dorsz ponad 100AED, ale warte swoich pieniędzy.   A na następny raz dostałem 20% zniżkowy kupon, mam nadzieję z niego skorzystać.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Indie w Dubaju

Gazebo, restauracja indyjska, Dubaj - 07 kwietnia 2013

Dziś zabrałem kolegę z zespołu na lunch, sporo spraw się zebrało do omówienia - i jak się okazało dobrze, bo czasu nam trochę zeszło.

Poszliśmy do Gazebo (http://www.gazebo.ae/) na dole w budynku Oracle w tzw. Internet City w Dubaju. Dawno nie jadłem przyzwoitego dania indyjskiego, a po Mozambiku oswoiłem się z mocniejszymi przyprawami.

Wybraliśmy (a właściwie M. jako lokalny ekspert wybrał) dwa dania z kurczaka (murgh) - Reshmi Kebab oraz Tikka Masala - taki standardzik podane z chlebkiem naan.  Do tego na przystawkę masala papad (papadum doprawiony cebulą i pomidorem), warzywa na surowo - Hara Bhara salad. Ja wziąłem też lemon mint do picia - równoważy ostrość dań.

Poczekaliśmy sporo i niestety główne podali z przystawką, czyli trochę papadum się zmarnowało, a szkoda bo lubię ten chrupek z ajwarem.

Ale głównego nic nie zostawiliśmy. Lubię jak dania indyjskie mają wyraźnie inny smak i oczywiście nasz wybór to ułatwił.
Szaszłyk z kurczaka był idealnie jędrny, dość ostry, leciutko jakby cytrynowy, fajnie łączył się z miętowym jogurtem.
Sos w Tikka Masala świetnie wyjadało się naanem, był podręcznikowy - z imbirem, czosnkiem, wyraźny a nie palący. Właściwie to on był główną atrakcją tego dania, bo kurczak był pomijalny.  Sam naan może nie idealny (wolę bardziej puchate) ale nie przesłodzony, z masłem - i tak jest moim ulubionym dodatkiem.

Tylko warzywa podali zupełnie gołe - bez wymienionej w menu soli i solu z cytryny.  I tak je zjedliśmy.

Po fatalnym locie do Dubaju (dwójka wyjących maluchów o rząd wcześniej), przylot o 5:30 i potem do pracy byłem na tyle zmęczony, że ten niewątpliwie sycący lunch wystarczył mi i za obiad i za kolację.

Pewnie do Gazebo nie poszedłbym na ucztę indyjską, ale jest to wysoka klasa średnia, choć za wcale niemałe pieniądze - rachunek uzbierał nam się ponad 100AED na dwóch.

Pożegnanie z Afryką


Park Narodowy Krugera – 04-06 kwietnia 2013

Do Parku Krugera dotarliśmy dość późno. Z Sodwany to prawie 700km i nawet najszybsze przemknięcie po jednopasmówkach zajmuje czas. Nawet zrezygnowaliśmy z lunchu, by jeszcze coś zobaczyć. Pierwszy przejazd do obozu nie zachwycił, pogoda była jeszcze średnia, a busz po porze deszczowej gęsty. Gdyby nie tzw. jelonki czyli antylopy impale, to chyba nic byśmy nie zobaczyli.  W ekipie już zaczęło się podnarzekiwanie, że Wielką Piątkę to zobaczymy na zdjęciach.

Żeby było śmieszniej to pierwsze spotkanie faktycznie było kuriozalne. Rano jedziemy drogą, a przed nami kłębią się samochody, pewnie coś tam jest, ale widać dźwig. Roboty drogowe? Wypadek? Po prawej stoi helikopter z którego podąża strażnik z ciężkim uzbrojeniem – oddział do walki z kłusownikami. Pojeżdżamy blisko, wysiadamy jak inni (normalnie w Krugerze, poza wyznaczonymi miejscami nie można wychodzić z samochodów), a tam na ciężarówki ładują błękitne skrzynie. Jak się okazuje w środku są dwa nosorożce, na szczęście uśpione nie zastrzelone, wywożą je z Krugera.

Jest to szeroko zakrojona akcja wyłapywania nosorożców i wywożenia ich do innych parków. Po demontażu płotu na granicy z Mozambikiem, co było konieczne ze względu na zbyt dużą populację słoni (mimo, że park liczy sobie 12tys km2) pojawiły się bandy kłusowników zabijające nosorożce dla rogów, wywożonych do Chin. Tam osiągają wysoką cenę jako tradycyjny lek na potencję. Ta chińska viagra spowodowała w tym roku śmierć 180 nosorożców, a w zeszłym ponad 500. W tym tempie nosorożec znikłby z RPA, stąd ta dziwna akcja.
Czy można numer jeden z Wielkiej Piątki uznać za zaliczony?

Dalej na porannym drivie (ładnie miesza się przy wymawianiu z divem) też nie było wiele, bez żalu opuściliśmy pierwszy obóz. I od razu w drodze do drugiego się poprawiło. Najpierw na drogę wylazł słoń. I nie miał ochoty się usunąć, a to my musieliśmy cofać się z przyczepą, bo gostek nastawił uszy i zdradzał zamiary poszarżowania na nas jako na wrogów.

Duży był, dorodny samiec.


Potem było coraz lepiej. Stadka impali, śliczne waterbucki, no i moje ukochane żyrafy.  Jeden z bardziej odlotowych widoków to hipopotam z dwoma żółwiami na grzbiecie. 

Dojechaliśmy do Sukuzy na lunch, i sieliśmy w cieniu, podziwiając rzekę i krokodyla. Bardzo smaczne kotlety jagnięce.


Drugi drive był specjanie w celu obejrzenia bawołów, krótki, bo obozy zamykają o 18:00 i jak się nie zdąży wyrzucają z parku. Bawoły były, z daleka, samiec kudu przy drodze był dorodny i rogaty, 

ale sensacją okazała się hiena, co wybiegła nam na spotkanie przed obozem i potem dzielnie towarzyszyła przez kilkaset metrów truchtając przed maską. Ten futrzak wygląda nadspodziewanie sympatycznie, jak na padlinożercę.


Po zachodzie słońca była możliwość pojechania odkrytą ciężarówką parku na nocny drive, więc oczywiście skorzystaliśmy, poza Cezarym który stwierdził, że ma dosyć i ogłosił strajk okupacyjny. Miał rację, bo my wymarzliśmy, jeździliśmy dwie godziny, by zobaczyć znikający za krzakiem tyłek nosorożca białego, który jako nieśmiały z natury chowa się a nie szarżuje jak czarny, dorodnego hipopotama na żerowisku (to było akurat fajne), niezawodne impale, sowę czekającą na rybę, małego lemurka


no i zwinnego geneta plamistego. Skórka za wyprawkę.

Ale rano ostatni przejazd 120km do Orpen Gate wynagrodził nam wszystko. Marudzenie skończyło się, nie tylko doceniliśmy piekno krajobrazu Krugera w porannym słońcu, bo to widzieliśmy i wcześniej,


ale zwierzaki wyłaziły nam na drogę. Rozpoczął bawół, co popatrzywszy się na nas z pewną pogardą schował się w krzaki. Potem pojawił się pan stworzenia, lew samotnik na spacerek środkiem drogi, sądząc po minie nasze towarzystwo go trochę irytowało.


Wtedy trafiła nam się prawdziwa sensacja – stado dzikich psów afrykańskich (likaonów), dobrały się od porzuconych przy drodze śmieci, mam nadzieję, że im nie zaszkodzi. 


Zobaczenie tych łaciatych uszaków, skądinąd stanowiących znakomity zespół myśliwski, to prawdziwa rzadkość. Antoni twierdzi, że ostatni raz widział je 15 lat temu, a w Krugerze jest kilka razy w roku.

Pasące się słonie wkrótce przestały wzbudzać sensację. Kedy jednak zatrzymaliśmy się na śniadanie, to jeden pojawił się przy parkingu, nawet można było z nim pozować. Tylko ręka drgnęła Quintinowi i nici z fotki, poza tym pełen wypas ;)
Jak już jesteśmy przy śniadaniu, to warto o nim wspomnieć, bo zjedliśmy w angielsko-afrykańskim stylu. Pie (pieczony pieróg ze zwartego ciasta francuskiego) z mięsem, mój był oczywiście z kudu, polany gęstym sosem (gravy) z fryteczkami. W sam raz o 8:00 rano ;)

Pożywne, ale bez zachwytu, kudy im było do świetnych pies serwowanych w tradycyjnym pie shop w Reading... Zresztą mięso kudu ogólnie nie zrobiło wrażenia. Poprzedniego wieczora jedliśmy je duszone - i było podobnie twarde i suchawe. Ale wtedy był super pijalny shiraz Kanu Rockwood Red (Kanu 2008 Shiraz) za niecałe 50R (18zł), jak mawiają anglicy a steal.

Potem widzieliśmy ogromne stado bawołów, ja zaś wymusiłem zatrzymanie się na oglądanie żyraf, bo reszty zblazowanego towarzystwa nie ruszały. Uwielbiam obserwować jak żyrafy z gracją wyskubują liście z akacji, podziwiać ich zgrabne kształty i delikatne wybarwienie. To już był koniec Krugera. Jeszcze tylko z okien samochodu rzut oka na wgórza Mumpalangi i gęsto zaludnione doliny i na lotnisko. 


Aga i chłopaki wracają do Polski, a mnie już czekają spotkania służbowe w Dubaju.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Powrót do cywilacji, czyli z powrotem w RPA


Sodwana, Triton Diving Lodge – 02-03 kwiecień 2013

Nie pomyślałem, że powrót do RPA może okazać się taki przyjemny. Park narodowy w Sodwana obejmujący mokradła, wydmy i przybrzeżną rafę był naszym kolejnym celem.

Miło się jedzie szerokim asfaltem, choć ograniczenia we wsiach wymuszają śpiącymi policjantami. Dojeżdżamy do lokalnego centrum zakupowego.  Co tu się dzieje? Tłumy murzynów, kolejki, do bankomatów stoi po 30-40 osób, do sklepu nie daje się wejść. Dzień wypłaty. Rzucili sie na zakupy, każdy z pełnym koszem dobra, w sklepie „Import z Chin” tłok, rozchwytują ciuchy. Obok bazar ze stosami pomidorów i cebuli i rozmaitego śmiecia.

Smażone ryby i racuchy. Niestety racuchy smażone na tym samym tłuszczu co ryby, tak przynajmniej wynika z ich smaku, wyrzucam do śmieci. Nie udało się wziąć pieniędzy, zostawiamy rzeczy w Triton Lodge i jedziemy na nurkowanie.
W porównaniu z poprzednimi miejscami Triton Lodge wydaje się rajem. Zatopione w sosnowo-eukaliptusowo-bananowym lesie niewielkie czyściutkie domki. 
W środku estetycznie, zaprasza podwójne łóżko z solidną moskitierą. Wiatrak przyjemnie chłodzi. Oficjana restauracyjka z wygodnymi sofami gdzie można poleżeć i poczytać. Miejsce do samodzielnego gotowania w pełni wyposażone, tu wieczorem będziemy mieli grila.
Jedziemy do parku na nurkowanie. Upał. Na plaży pod dachem czeka przygotowany sprzęt. Mocna fala, rzuca łódką. Schodzimy na 17 m, teren płaszczkowy. Nasza przewodniczka jest maniolką muren, ciężko się je ogląda w silnym prądzie. Za to płaszczki nie zawodzą i tu i tam widujemy je majestatycznie płynące lub ukryte na dnie. Żałuję tylko, że przez to że kończyło mi się wcześniej powietrze Aga straciła ostatnie trzy minuty, gdy chłopaki znaleźli całe stado płaszczek płynących jedna na drugą, to musiało być fajne. Za to na plaży, w słodkowodnej lagunce Dzianis wypatrzył ogromnego suma, chyba z ponad metrowego. Dobrze, że nie krokodyla, bo ponoć tu i ich nie brakuje. Po drodze kupujemy jeszcze świeżutkie ananasy, malutkie po 5R szykują nam do zjedzenia na miejscu jak lody na patyku, słodkie i soczyste. Dużego, wyglądającego na super dojrzałego bieżemy ze sobą, był pyszny dziś na śniadanie.

Następnego dnia mamy mieć pierwszego nurka o ósmej, pada, chłodno. Mi w mojej piance 5mm jest cieplutko, ale reszta podmarza. Pierwszy nurek dekompresyjny bo siedzimy na 30m przez 20 minut.  Tak nie wiadomo po co. Korale kapuściane, nic ciekawego tam nie ma. Marliny się nie pojawiły. Pijemy kawę i zagryzamy samosą nadziewaną masą ziemniaczano-curry. Takie śniadanko. Odpoczynek, muszę odpocząć bo siadają mi zatoki, zaczyna mi lecieć krew z nosa. Za chwilę kolejny nurek. Szykujemy się i już mamy wsiadać do łodzi gdy pada okrzyk – Delfiny!

Rzeczywiście kilka, skaczą na falach o i jeszcze tam. Przeskakują grzywy piany. Od razu robi się radośnie. I to odpowiedni początek dla tego nurka – był fantastyczny. Na 10-14 metrach śliczna rafka bogata w kolorowe korale i mnóstwo drobnych ryb. Cóż za przyjemność powisieć sobie nad nimi i popatrzeć jak polują, pływaja, krzątają się koło swych rybich obowiązków. Nie trzeba się spieszyć, można cieszyć się kształtami i barwami podwodnego świata. Mógłym tak godzinami. A tu zakamarki, Aga szaleje zaglądając w każdą dziurę i pływając wkoło jak młoda wydra. Ja zaś mogę się porozglądać, nawet powietrze schodzi wolniutko, nie muszę się niczym przejmować. Młodziutka przewodniczka płynie też spokojnie, nagle brzęczy dzwonkiem i pokazuje w toń. A tam śliczny rekin białopłetwy, duży nie jest, najwyżej z póltora metra, ale porusza się majestatycznie. Aż nie chce się wynurzać. Fala odpycha nas od łodzi i jeszcze na powierzchni mogę popatrzeć się na rafę w dole. Potem tylko otrzeć krew z twarzy i czternasty, ostatni nurek zakończony. Pogoda tak paskudna, że nie mamy ochoty na jeszcze jeden.

Na lunch proponują pizzę, trochę się krzywię, bo nie wierzę w dobrą pizze, ale na miejscu wraca mi uśmiech. Nie tylko to, że miejsce „The Lighthouse” super, takie luźne, ale ładne, jak to oni w RPA potrafią, ale i pizze ciekawe. Z bakłażanami, z biltongiem (suszonym mięsem wołowym), z kurczakiem w kokosie, z dynią lub z chorizo. My wybieramy z kurczakiem kokosowym i z bakłażanem, do tego pyszna sałatka z grilowanej dyni (butternut squash) i pomidorków z orzechami i sałatą. Dwa kieliszki Beyerskloof Pinotage – bardzo solidnego, choć taniego Pinotage z Robertson. Pizza okazuje się na doskonale cienkim cieście, co prawda tę z kurczakiem trzeba było doprawić chili, ale za to spróbowałem kawałek z biltongiem – była smakowita.

Mżący wieczór spędziliśmy odpoczywając, a rano trzeba było się spakować i opuścić Sodwanę, naprawdę żałowałem, bo był tam taki niespotykany spokój i dawno tak dobrze nie spałem. Może kiedyś uda się tu zrobić wypad z Johannesburga na dwa dni nurkowania?