Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Super. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Super. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

Smakowite Serbskie wspomnienia

Nowa kuchnia serbska w Belgradzie, marzec 2015



Gdzie?  Nebojsina 49a, Belgrad, Serbia
Co? Mala Fabrika Ukusa
I jak? Super
Co szczególnie? Wędzona wieprzowina z grila
Za ile? Koło 40Eur (bo drugie wino na kieliszki było droższe)

Mimo, że w Belgradzie jadłem całkiem przyjemnie, jakoś nie było kiedy tego opisać, a Mala Fabrika zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie. Typ restauracji gdzie właśnie zastanawiają się jak tradycyjne dania podać na nowy sposób, a przy okazji nie próbują zagłodzić klientów.

Wieczór był chłodny i dżdżysty, ale wybrałem się na ulicę Nebojsina - jeszcze spory kawałek za cerkwią Sawy. To faktycznie wygląda na jakiś zaadoptowany mały budynek fabryczki, ale otoczenie przyjazne, willowe. Wnętrze proste, dominują jasne kolory, ale przyjazne, raczej pełno miejscowych:
W menu podział na dania "tradycyjne" i normalne, ja chyba wybierałem z normalnego i ze specjalności dnia.

Na początek poszło foie gras z mini-brioszkami, taka mała pyszność dość kunsztownie podana:
Potem sięgnąłem do odrobiny tradycji - pieczona papryka z czosnkiem jako dodatek i oczywiście świeże pieczywo (wtedy dieta poszła w kąt):
Popijałem to domowym vranacem - szczerze mówiąc wino na kieliszki mają słabe (jakby mieli dobre to byłyby dwa widelce).
W odpowiednio rozbudzony apetyt trafiła jedna z najlepszych wieprzowin (Svinjski vrat) w moim życiu:
podana z puree selerowym i jabłkami (te kuleczki). Chyba była wędzona na gorąco i podgrilowana. Po prostu niesamowicie miękka, soczysta, pachnąca dymem ale też mięsna. Lekka słodycz dodatków znakomicie uwypuklała smak. Do tego miałem nieco lepsze, ale sporo droższe wino.

Ogólnie byłem bardzo szczęśliwy. Mam małe zastrzeżenia do obsługi, chwilami czułem się ignorowany, ale z drugiej strony nie muszę być zawsze :) w centrum uwagi. Naprawdę polecam jak tylko będziecie w Belgradzie.

piątek, 20 lutego 2015

Szał Dim Sum

Dim Dim Sum - Mong Kok, Hong Kong

Już wpadałem w panikę, że przez święta nie spróbuję dim sum. A być w Hongkongu i nie jeść dimsumów to klapa ;)

Dziś rano po odwiedzeniu świątyni Tin Hau na Yau Ma Tei - taka świątynia ze skwerem wśród bloków, zawsze mnie fascynują te spiralne kadzidła:
Znalazłem jedno proste miejsce na ulicy Portland - nic nadzwyczajnego,  ale śniadanie być musi.

Zamówiłem oczywiście Har Kau - z krewetkami,  flaki w sosie imbirowym i żeberka na parze.  Jasiek wziął sticky rice i na wszelki wypadek naleśniki ryżowe z wieprzowiny (cheng fun).
Krewetki były OK, w żeberkach fajnie dawały kawałki taro, ale w sumie chyba najlepsze były flaczki, szkoda że bez kolendry
Zapłaciłem 100HKD i więcej nie było warte. 

Miałem dalej niedosyt,  więc gdy na Mong Kok okazało się, że słynne Dim Dim Sum jest otwarte i nie ma kolejki - natychmiast weszliśmy.

No tu jest inna mowa! Har Kau niezwykle delikatne I z pyszną,  idealnie zrobioną krewetką.  Ich cheng fun z wieprzowiny jest sexy ;) doprawione kolendra słodkie kawałeczki świnki (barbecue - char siu).  Inny wynalazek to cheng fun z krewetką w tempurze:
 Idealny z odrobiną sosu do cheng fun - sos sojowy z olejem sezamowym i kroplą octu ryżowego. 

Super był bakłażan faszerowane krewetki,  grilowany,  podany ze słodkim sosem teryiaki.  Zrobiony idealnie, rozpada się pod językiem. 

Ja na koniec wziąłem ich mocno reklamowane danie,  z wyglądu chyba jako afrodyzjak
Nie wiem co to. Sos o smaku grzybowo-wołowym, z kawałeczkami mięsa,  to coś o konsystencji owoców morza, ale lekko grzybów,  ryż z jajkiem. Może i signature dish ale ja wolałem bakłażana lub Har Kau.  Ogółem naprawdę super, 140HKD,  herbaty w opór.  Żałowałem,  że nie mam drugiego żołądka na ciąg dalszy.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jedno danie - słodki czar

Co: Pischinger
Gdzie: Kraków, Krupnicza 12, Pochopień
Za ile: 2zł za porcję
Jak: 8/10

Staram się nie jadać słodyczy, ale czasem kupuję dla mojej pani. Kraków jako część Galicji oczywiście oferuje torciki waflowe - pischingery. Kiedyś wydawało mi się, że to nic interesującego (choć pamiętam mojej mamy z kawą i warstwą porzeczkową - był bardzo dobry), ale zaszły okoliczności, dzięki którym zrozumiałem, że jestem w tzw. "mylnym błędzie". Kupiłem na życzenie mojej pani pischingera z kajmakiem i od tej pory wizyta u Pochopienia jest stałym elementem moich wizyt w Krakowie. Szczególnie, że tego doskonałego, lekko chrupiącego wafla z nieprzesłodzoną masą polubiła też moja córka. Oprócz kajmakowego bardzo dobry jest też z czekoladą i śliwkami - ja lubię ten posmak suszonych śliwek przełamujący słodycz. Jest mnóstwo innych, ale te dwa rządzą. Przyjemność za półdarmo - smacznego! Tutaj:
Właśnie to:


Mniam Thai

Może ocena na wyrost - ale niech tam - Warszawa, styczeń 2015

Gdzie? Warszawa, Saska 16, przy Trasie Łazienkowskiej
Co? Naam Thai
I jak? Super
Co szczególnie? Zupa Tom Kha
Za ile? 200zł na dwoje dorosłych i dziecko, bez alkoholu, więc tanio nie jest

Do Naam Thai chcieliśmy wybrać się jakiś czas temu, ale wtedy już o 20 zamykali. Więc w niedzielę, już styczniową wybraliśmy się wcześniej, koło 16:00 i o mały włos byśmy znów zostali  odprawieni z kwitkiem, bo było całkiem pełno. Ale jakoś się udało i było przednio.

Wnętrze z fajnymi, nowoczesnymi elementami i stołami łączonymi w dowolnej kombinacji - bardzo wydajny system:


Nie wzięliśmy przystawki bo nie było Gai Sate - czyli szaszłyczków z kurczaka. Ja zdecydowałem się na zupę rybną, moja pani Tom Kha z tofu, a córa Guai Tiaw Pet - zupę z kaczki. Potem moja pani wzięła oczywiście Phad Thai a ja danie sezonowe - kalmary z woka z sosem ostro-czosnkowo-ostrygowym.

Zacznę od zupy z kaczki (ze specjalnym sosem szefa) - najpier córa rzuciła się na nią, tylko przerzucająć do mojej miski kolendrę i kiełki. I kaczka i zupa jej bardzo smakowały.

Jednak w miarę jedzenia szło jej gorzej. Po prostu bez doprawienia odrobiną mieszanki octowejzupa jest zbyt słodka i monotonna. Ja dokończyłem dodając mieszanki octowej i chili - i było świetne.

Moja zupa rybna była dokładnie jak trzeba - pikantna, esencjonalna, rozgrzewająca (nie bez znaczenia gdy na dworze leje i wieje), chrupkie warzywka.


Ale prawdziwym gwoździem programu było klasyczna zupa na mleczku kokosowym z tofu mojej pani:




Prawdziwe arcydzieło - ostra, słodka, kwaśna, wszystko niesłychanie esencjonalne i w doskonałych proporcjach. Chyba najlepsza Tom Kha jaką spróbowałem - żałuję że w niewielkich ilościach.

Drugie przyszło gdy ja na chwilę odszedłem od stołu i już połowa Phad Thai znikła:
Ja nie jestem wielkim fanem Phad Thai, to było niezłe, tylko moja pani narzekała na to, że nie wyjęto wnętrzności z krewetek co zaburzało smak. Nawet zastanawiam się czy w związku z tym ten drugi widelec nie jest trochę na wyrost ;) ale niech im będzie, szczególnie że kolejne danie było świetne.

Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem tak idealne kalmary - miękkie, tylko leciutko gumkowate, i cudnie pachnące grillem. Pikantny sos w który z zapałem się wlizywałem, chłodząca bazylia, chrupkie kawałki papryki. Zapite sokiem z mango. Ja ze swojego wyboru byłem baaardzo zadowolony, moje dziewczęta takoż.



Obsługa chwilami się gubiła i bezładnie biegała tam i spowrotem, ale dziewczyny bardzo miłe. 200zł to niemało, biorąc pod uwagę, że nie piliśmy alkoholu, a mała brała tylko zupę. Warto.




niedziela, 21 grudnia 2014

W kulinarnej stolicy Polski - cz. 1

Wędrówki po kulinarnym Krakowie - czyli tradycja i nowoczesność - listopad 2014

Ośmielam się twierdzić, że to właśnie Kraków, a nie Warszawa jest obecnie kulinarną stolicą Polski. Zawsze było tu dużo kanjp i w przeciwieństwie do mojego rodzinnego miasta, nawet w tursytycznych miejscach można było zjeść bardzo dobre jedzenie.
Po drugie Kraków prezentuje się bardzo dobrze w skali "value for money". Złośliwi powiedzą, że nie powinno to dziwić, ale moim zdaniem nie zdzieranie za dobrą kuchnię stanowi jej niezbędny składnik. Wielu durniów potrafi wyżyć się kreatywnie i zarządać za to bajońskich sum. A ja wolę tych co włożą swą kreatywność i ciężką pracę w tworzenie dań osiągalnych dla normalnego "foodie".
Dowody? Ten właśnie cykl przedstawi kilka ciekawych miejsc, których to lista będzie się niewątpliwie wydłużać.

Gdzie? Kraków, Podgórze, Józefińska 2 (tuż przy kładce przez Wisłę)
Co? ZaKładka
I jak? Tradycja i nowoczesność w świetnym wydaniu za dobrą cenę
Co szczególnie? Menu jest sezonowe, więc trudno mi cokolwiek polecić, bo ostatnich dań które jadłem już w karcie nie ma. Ale na pewno królują podroby, szczególnie grasica
Za ile? Na dwójkę 170zł z butelką wina, lub 120zł z dwoma kieliszkami (wino domowe jest naprawdę super)

W chwili obecnej to moim zdaniem najlepsza knajpa w Krakowie. Ja oczywiście mam skrzywienie w kierunku dań z podrobów (nie wątrobki!) ale nawet moja pani, która na samo ich wspomnienie się krzywi znalazła tu mnóstwo dla siebie.

Zacznijmy od lokalizacji i wnętrza. ZaKładka jak sama nazwa wskazuje ma cudowną lokalizację przy kładce pieszo-rowerowej przez Wisłę, już po stronie Podgórza. W odnowionym budynku mieści się lokal złożony z kilku połączonych ze sobą salek, co sprawia, że mimo tłoku nie jesteśmy przytłoczeniu towarzystwem. Atmosfera wewnątrz ciepła i wymarzonego francuskiego bistro, ale bez zadęcia. Obsługa, jak na Kraków (kompetencja kelnerów to jedyna rzecz, z która miasto nie może sobie poradzić) sprawna.

Więc po krótce streszczę moje dwie posiady w ZaKładce i jak będę tam kolejne razy, co mam nadzieję rychło nastąpi, to też nie omieszkam się podzielić.

Zacznijmy od klasyki - pierwsza wizyta i moja pani zamawia ślimaczki i makaron z owocami morza, a ja dwie mniejsze dania - grasicę i nereczki na puree.  Na początek urocze czekadełko (definitywnie jakiś mus zupowy z chrupiącym dodatkiem) i świetne portugalskie wino, taninowe, ale nie drętwiejące języka, w cenie o ile pomnę 80zł:



 Potem przychodzi najważniejsze - czyli grasica:
Jak widać podana na szparagach (to był kwiecień) i podpieczona z serem. Dawno nie jadłem tak dobrej grasicy - nawet ta u Kręglickich w Piątej Ćwiartce się nie umywa.
A moja pani dostała najlepsze na świecie ślimaki (no dobrze, w Wietnamie były lepsze :)), może nie
wyglądają, ale podane w sosie wydobywającym całą miąższość i lekko ziemisty smak ślimaka:
Dotąd nie rozumiem czemu nie zamówiliśmy repety...

Makaron mojej pani nie był największy, ale za to obfity w zwierzaki, zwieńczony dużą krewetą zrobioną idealnie w punkt - już ścięta, ale nie przegotowaną.
Moje nereczki - po prostu boskie. Nereczki to zapomniana część zwierzaka a wymaga wszak tylko króciutkiego smażenia. Ja je uwielbiam - gdy są tak chrupkie z zewnątrz i idealnie miękkie w środku. Do tego puree z warzyw korzeniowych - solidny akompaniament do wyraźnego mięsa.

Do nereczek czują głęboką sympatię, po tym jak w Paryżu o 23:00 trafiłem do czynnego wtedy (i według strony cały czas) całą noc Au Pied de Cochon (http://www.pieddecochon.com) gdzie nereczki w musztardzie zapijane Vacqueyras uratowały mnie od śmierci głodowej. Ale tyle dygresji wracajmy do ostatniej wizyty w ZaKładce na menu gęsie w listopadzie.

Po doświadczeniach kulturalnych Cricoteki - polecam - trzeba zarezewować sobie ponad półtorej godziny,

zacząłem od rosołu z gęsiny z jajeczkiem i pierożkiem gęsim:
bardzo dobrego, jak trzeba intesywnego, a jajeczo płynne w środku świetnie z nim kontrastowało, nie obraziłbym się za DWA pierożki ;)

Moja pani jadła zupę rybno-krabową, w stylu musu, ona woli taką z kawałkami, ale smak tej był bezbłedny i mi przypominający nicejski wariant, dokładnie taką serwują w tamtejszych knajpkach.

Zaś drugie mojej pani, wyglądając niepozornie biło rekord popularności, nawet usłyszałem coś czego nigdy bym się nie spodziewał "mogli dać więcej sosu", trzeba przyznać, że sos śliwkowy podkręcał smak tego rewelacyjnego strudla gęsiego:

 Moje udo (a właściwie podudzie, czyli jak mawiali u mnie w domu pulka) gęsie:
było zrobione idealnie, chciałbym tak umieć. Tylko do dodatków mam zastrzeżenie - miała być kremowa fasolka z warzywami korzeniowymi. I już wyobrażałem sobie to puree z fasoli - faktycznie idealny dodatek do gęsiny, a tu jak widać fasolka w całości i raczej nie kremowa. Skończyło się na tym, że sam ugiotłem to widelcem na puree i wtedy było idealne.

Zapytacie więc - jeśli nie idealne to czemu, aż dwa widelce, są trzy powody:
  1. jedzenie jest ogólnie super i porcje sycące
  2. miejsce ma atmosferę i na randkę i na rodzinny posiłek, jakieś wewnętrzne ciepło
  3. a ceny, szczegolnie win, nie nabijają w butelkę, mało takich miejsc gdzie zjem za 30Eur solidny obiad na dwoje, popijając kieliszkiem dobrego wina
Ja tam planuję wracać, tak często jak się da.

piątek, 19 grudnia 2014

Powrót do Krakowa - spieszcie się

Przeżycie kulinarne, którego ominąć nie można - Kraków, grudzień 2014

Nie wiem jak długo to cudowne miejsce będzie działać, więc spieszcie się odwiedzić:

Gdzie? Kraków, Krupnicza 9/1
Co? Ramen Girl Yellow Dog
I jak? Niesamowite
Co szczególnie? Każde danie jest niezwykłe, ale chyba jednak Black Ramen w pamięć zapadło najgłębiej
Za ile? 160zł na dwójkę z zieloną herbatą

Widziałem to miejsce przez wielkie okna z ulicy, acetyczny wystrój w zestawieniu z krzykliwym muralem w środku przyciągał wzrok



Ale przecież do restauracji, która serwuje eksperymentalną kuchnię japońską. Naprawdę. W Krakowie, i jak przyzna każdy, kto miał do czynienia z kaiseki - za niewygórowane pieniądze. Oczywiście Ramen Girl to nie kaiseki ale kuchnia najwyższych lotów.

Zacznijmy od ramen

Black Ramen to wrażenie wstrząsajace dla kubeczków smakowych, wziąłem małą porcję (całkiem sporą) ale na pewno duża jest jeszcze lepsza - bo dostaje się więcej tej niebiańskiej zupy. Połącznie smaków i tekstur trudne do opisania - intensywny, lekko pikantny wywar, chrupki boczek, słodkie włókna wieprzowiny, chrupkie ziarna soi, fliskowaty makaron, cienkie plastry rzodkwi daikon. Razem rozkosz dla podniebienia. Niezapomniane.

Wontony mojej żony były dobre, a wywar z tych delikatniejszych na bazie miso - też bardzo w moim stylu (te zupę jadł też dwulatek [na spółę z mamą] przy stoliku obok).


A potem nastąpiła seria trzech dań - u mnie omnivore - czyli w kierunku mięsnym, a żony warzywnych.

Drobne klejnociki:
Rozpadające się mieciutkie, policzki wołowe na słodko z chrupkim jarmużem
Pokryta płatem owocowego żelu kaczka z kosteczką pomarańczy, genialnymi marynowanymi burakami - krojonymi cienko jak liść, kapusta no i oczywiście daikonem. Niby nie miałem ochoty na kaczkę a nie mogłem się oderwać:

A ostatni z mięs - wolno upieczony boczek z płatem kapusty i rzodkwią (do tego boczku wrócę w kolejnym wpisie)
Warzywa też niezwykłe, może najmniej udane uszaki (czarne grzyby):
ale za to zwykłe boczniaki - niezwykłe - szczególnie z delikatną rzodkwią i cebulką
I to juz był calkowity koniec - bulwy - znany nam burak kwaszony, żółty burak, topinambur i rzodkiew podane z kremem wasabi. Potem na pewno nie odczuwasz głodu

Ja już kombinuję jak wrócić tam w ten weekend. A czytelnikom radzę jak najprędzej udać się do Ramen Girl, bo jakoś nie wierzę, by lokal ten przetrwał długo serwując tak proste, lecz jednocześnie wyrafinowane jedzenie.







sobota, 23 sierpnia 2014

Kazimierz jest Wielki odc 1

U Bratanków cena do jakości na szóstkę - Kazimierz Dolny, 23 sierpnia 2014

Gdzie? Kazimierz Dolny, Czerniawy 53
Co? Pensjonat Eger
I jak? Super
Co szczególnie? Wszystko jest bardzo smaczne
Za ile? Właśnie dlatego dałem dwa widelce - na dwójkę zapłaciliśmy 120zł

Szukałem nowego miejsca w Kazimierzu (co do innych - patrz kolejne wpisy), więc skusiły mnie recenzje z Gastronautów rekomendujące Eger. I nie zawiodłem się. Jest to kawałek od centrum ale warte spaceru wąwozem Czerniawy.

Dotarliśmy tam dość, jak na Kazimierz późno, bo ok 20:40 więc byliśmy jednymi z ostatnich gości. Wnętrze nowoczesne, choć ociepla je czarno-białe zdjęcie piwniczki z winem na całą ścianę. I wprowadza w nastrój. Mają super wygodne krzesła z podłokietnikami, więc nic nie zakłócało nam posiłku.

Na początek wzięliśmy pyszny bogracz. Jędrne acz miękkie kawałki wołowiny, intensywnie pikantna i lekko zawiesita zupa, którą urozmaicają kawałki ziemniaczków i galuszki.  Jeden kociołek (czyli porcja) w sam raz na dwoje, palce lizać.

Galuszki są tu zresztą istotnym punktem programu, zajadaliśmy się nimi zarówno w paprykarzu z suma jak i galuszkach :) z ragout grzybowym.

Sum znakomity - spora kostka sprężystej ryby, o charakterystycznym smaku zrównoważona pikantnym sosem ze świeżą papryką. Idealny sposób podania suma.
Ragout grzybowe, wybrane przez moją Panią, też pikantne, ale grzybki leśne jak trzeba, oprócz galuszków trójkolorowej flagi dopełniały pycha kluseczki ziołowe.
Jednak historia Egeru nie byłaby pełna bez wina i świetnej obsługi. Wino jest zresztą z obsługą związane o tyle, że bez doradzenia przepłacilibyśmy słono. Bo wina, te lepsze, do tanich nie należą, a tańsze wina węgierskie zwykle charakteryzują się "świeżą kwasowością" czyli wykręcają pysk. Więc pani co wybrała bardzo przyzwoite Egri Bikaver od St. Andras (butelka 99zł) które podała nam na lampki zasługuje na komplement.  Komplement tym większy, że wino choć samo nie zachwyciło, do pikantnych potraw pasowało znakomicie i wzięcie czegokolwiek innego byłoby nieuzasadnioną rozrzutnością.
Na deser wypiłem bardzo aromatyczny Tokaj Szamorodni Edes (słodki), no nie jest to Aszu ale i tak doskonale podsumował nasz posiłek.

A w jeszcze lepszym podsumowaniem był rachunek na 120zł za całą tę ucztę z 4 lampkami wina. Naprawdę wobec cen Kazimierskich gorąco polecam i chętnie tam wybiorę się ponownie np. na Halaszle czy sandacza z kaparami. Tylko gęsiej wątróbki mi zabrakło.

Dwa widelce daję za cenę, bo jednak Bock Bisztro (patrz wpis z Budapesztu) to to nie jest.


 

sobota, 21 czerwca 2014

Szczere złoto

Lago d'Orta - czerwiec 2014

Ostatnio ponarzekałem na Włochy, więc teraz trzeba im oddać to co należne.

Byłem we Włoszech w miejscu, które można nazwać magicznym - Lago d'Orta - niewielkie jezioro górskie z maleńkim miasteczkiem (owszem turystycznym, ale bez ruchu kołowego) Orta San Giulio, ścieżką wokół półwyspu i pomostami do kąpieli w krystalicznej wodzie.


Byliśmy tam dwa razy i mógłbym częściej.

I zjeść w niewielkiej miejscowości można przyzwoicie

Gdzie? Orta San Giulio
Co? Ristorante Olina
I jak? Mieszane uczucia
Co szczególnie? Ragout z osła, creme caramel
Za ile? Wyszło 47Eur na dwójkę

W Ristorante Olina zjedliśmy zwabieni rzeczonym ragout z osła, późną porą (zbliżała się 14) i reklamowaną niską ceną zestaw lunchowy za 12Eur. Miłe, nowocześnie urządzone miejsce otwarte na maleńką uliczkę Olina.

Może zacznę od tego ostatniego punktu - bo zapłaciliśmy zaskakująco dużo - ale po kolei - dwa makarony - 22Eur, coperto - 5Eur, woda -3, kieliszek wina 3, dwa desery 10 i dwie kawy 4. Oprócz tego dostaliśmy po soku z Campari jako drink i przystawce. Dużo jak na lunch w zwykłym miejscu. I to jak dla mnie główny minus Ristorante Olina.

A jedzenie? Przystawka
No śliczne i fajne - serduszko z ryby (fish cake) z klasycznym piemonckim sosem bagno cauda - z kaparów, anchovies i oliwy. Dobrze, że mogłem spróbować takiej klasyki.
Ragout, na pierwszy rzut oka nie imponowało, ciekawy sposób podania:
bo burakowe (tylko kolor), niezwykle delikatne tagliatelle, były na wierzchu a ragout pod spodem. Pierwszy smak przypominający gulasz z przedszkola, ale w miarę jedzenia coraz smaczniejsze. Przyznaję, że nie wiem czy było naprawdę z osła czy też ten osioł robił muuu. Za to na deser mój ukochany creme caramel - nie jestem w stanie się temu oprzeć:
Wyjeżdżaliśmy z Lago d'Orta z solidną obietnicą powrócenia tam ponownie - i udało się. W zeszły czwartek spędziliśmy kolejny cudowny dzień w Orta, opalając się, kąpiąc (rozkoszna ochłoda) włócząc po turystycznych uliczkach i odkrywając miejsce absolutnie cudowne.



Gdzie? Orta San Giulio
Co? Bistro Locanda di Orta
I jak? Co za cudowne miejsce
Co szczególnie? Noo - widok, choć mój makaron świetny
Za ile? Drogo, za lunch 60 Eur


Jeśli myślę o najbardziej romantycznych knajpkach w których byłem to Locanda zdecydowanie mieści się w pierwszej lidze. Nie powinno przyznawać się widelców za wygląd, ale sama przyjemność zjedzenia tam jest niezwykła.
 Nad krytymi szarym łupkiem i rudą dachówką dachami starych domów rozciąga się widok na to przecudne jezioro, samotnie po drugiej stronie i włoskie miasteczka na brzegu.

Jedzenie zresztą bardzo dobre i podane niezwykle elegancko. Nawet taka sałatka mojej pani:
To jest porcja nie tylko obfita, ale chrupka i świeża, dają świetny ocet balsamiczny i oliwę wysokiej klasy.
A moje kluski, lekko na ostro, z kalmarami (no typowe piemonckie danie ;)) były po  prostu pyszne - delikatność i lekkość kalmarów, skontrastowana z ciężką kluską i ożywiona ostrawym sosem o słodyczy włoskich świeżych pomidorów. Do tego naprawdę świetne Pinot Grigio - kwiatowe, wyraźne.
Nie chciało nam się stamtąd wychodzić. Choć potem urocze dwie godziny lenistwa na pomoście były też cudowne.

Prawdziwe złoto Italii.

A - Locanda di Orta ma i maleńką luksusową restaurację czynną na kolację, ale bistro na 4 piętrze z widokiem jest nie do przebicia!