Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Gruzini w Warszawie

Bistro i smacznie po kaukasku - Warszawa, kwiecień 2014



Aga planowała zrobić urodziny w rodzinnym gronie, woleliśmy w knajpie bo akurat byłem w rozjazdach. Poza tym można znależć restaurację dostępną dla niepełnosprawnych, a to znacznie ułatwia.

Gdzie?  Mokotowska 22, Warszawa
Co? Mimino
I jak? Bardzo smacznie
Co szczególnie? Iqibir, placek adżarski
Za ile? Koło setki na głowę za ucztę z alkoholem

Padło na kuchnię kaukaską, bo była szansa, że dla każdego coś dobrego i nie pomyliliśmy się.
W Mimino mają tylko jeden stolik dostępny dla niepełnosprawnych, ale zmieściliśmy się w szóstkę (toaleta niestety na dole więc niedostępna). Wnętrze jasne, na ścianach grafiko-fotosy z filmu z lat 70-tych, wabi grill i pachnie szaszłykami.

Zamawiamy przystawki - bakłażan z orzechami - bardzo dobra klasyka, pieczarki faszerowane - też orzechami i muszę przyznać, że na ciepło orzechy świetnie podkręcają ziemistość pieczarek i znakomite zimne przystawki kaukaskie - szynka wołowa, ser i zioła z lawaszem. O to ostatnie danie toczył się mały bój - kto pierwszy ten lepszy. Zawijas z mięsem i ziołami po prostu świetny, górska mięta wyciągała słono-suchy smak mięsa i ostrość sera.
 Wzięliśmy też rewelacyjny placek adżarski z serem i jajkiem. Niby ma być na główne, ale jako dzielona przystawka bezbłędny. Słony ser tworzy wytrawną masę łagodzoną jajkiem i do tego odrywasz kawałek placka i taki cudownie unużany i pachnący zjadasz. Super.

Na główne większość zamówiła szaszłyki baranie,
podane bardzo prosto na lawaszu z granatem i pietruszką (tu też przydałaby się mięta). Papryczki do przegryzania - dają, ostro-kwaszony kontrast.
Baranina jest idealna - miękka, różowa w środku (o taką prosiliśmy) i soczysta. Prawdziwe mięso, przysmażone na żarze. Myślałem, że nie da się tego przebić ale jedna osoba wzięła iqibir - czyli szaszłyk z lekkim tłuszczem - i to był prawdziwy rarytas. Nic dziwnego - te odrobiny tłuszczu zgrillowane, jakiż to daje aromat całej potrawie.

Moja pani zdecydowała się na pierożki chinkali - soczyste, dobrze przyprawione mięso. Takie jak trzeba (no może ja wolę gdy mają więcej kolendry).

Piliśmy bardzo dobre saperavi (koło 100zł), ciężkie - w sam raz do mięsa.
Wzięliśmy też na spróbowanie wino domowe - no nie jest to najlepsze wino, już wolałem gruzińskie piwo (mają kilka odmian, mniej i bardziej chmielowe), no i koniecznie borżomi - to oprócz zwykłej wody na dzbanki. Ja lubię mieszać ten słony i mineralny smak ze zwykłą wodą.

Desery są raczej pomijalne - miodownik jest OK, czekoladowe ciasto pomijalne. Jedyny zawód przeżyliśmy przy kawie - gdzie mieliśmy nadzieję dostać małą filiżaneczkę gęstego naparu kawy po ormiańsku (czyli po turecku, parzonej w tygielku) a dostaliśmy po pełnym kubku lurowatej cieczy. Dużo za dużo wody. Więc radzę na deser udać się raczej na lody lub do Słodkiego na ciastka.  Ale pozostałe dania na piątkę z plusem.


piątek, 8 maja 2015

Drogie te Rośliny



Nowa wegetariańska kawiarnia na Bielanach - maj 2015

Gdzie?  Schroegera, Bielany
Co? Roślina
I jak? Drogo
Co szczególnie? No nie wiem - kawa jest dobra
Za ile? 56zł za skromne śniadanie dla dwojga

Bielany powolutku odbijają się do dna kulinarnej pustyni i każde nowo otwarte miejsce cieszy. Dlatego też z niecierpliwością czekałem na otwarcie Rośliny na Schroegera, szczególnie że wygląd zachęcał.

Ale niestety mam nadzieję, że Roślina nie wyznaczy nowego trendu bielańskiego. Ogródek co prawda sympatyczny,

a jakie fajne pomieszczenie mają w piwnicy... 

jednak ceny to raczej dostosowane do nadmiernie zamożnych nudzących się w domu żon bogatych mężów. Te gotowe są wydać dużo na tzw zdrową żywność. I stanowią główną klientelę.

Co to znaczy dużo? Za śniadanie na dwoje zapłaciliśmy 56zł i raczej byłem potem głodny. Smacznie nawet jest, ale taka porcja twarożku za 13 zł to lekkie zdzierstwo.

A i kanapka za dychę, choć ma ciekawy skład (podoba mi się majonez makowy), ale jest co tu dużo ukrywać skromna jak na pełne śniadanie. 

Do tego kawa po dychu i koktajl śniadaniowy (bo z jogurtem) za 13 zł. Ja uważam, że stanowcza przesada.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Tu warzywa mają dobry smak

Szperam w okolicy - Żoliborz po wegetariańsku - Warszawa, maj 2015

Gdzie?  Słowackiego róg Krechowickiej, Żoliborz
Co? Ósma kolonia
I jak? Smacznie
Co szczególnie? Pieczona kapusta (danie sezonowe)
Za ile? Około 45zł na osobę

Ósma kolonia na Krechowickiej (formalny adres Słowackiego) na Żoliborzu wpisuje się w modny trend „sąsiedzkich” gastrobarów no i jest wegetariańsko –wegańska, co teraz na topie.

Oczywiście zgodnie z tymi trendami jest dość drogo, ale za to jakość jest odpowiednia. No i woda jest bez ograniczeń za darmo, co sprawia, że cały rachunek nie szybuje w kosmos.

Byliśmy we trójkę, ale niestety dziewczyny zjadły zanim przyszedłem, więc nie mogę się wypowiedzieć na temat ich dań. Ja wziąłem sałatę (roszponka) z jajecznicą z ziołami i chili oraz kasztanami wodnymi. 


Danie raczej przystawkowe (uprzedzono mnie!), bardzo jednak smaczne. Szczególnie odpowiadała mi miękka tekstura i ostrość jaja w zestawieniu z czystym i chrupkim smakiem kasztana.

Jak wspomniałem z racji rozmiaru dania zostało mi miejsca na główne – i tu wziąłem pieczoną kapustę. Rewelacja, ale ponoć to ostatni tydzień jej serwowania. Szkoda bo danie wprost znakomite. 


Nie wiem jak oni osiągnęli ten smak pieczonej kapusty, naprawdę niezapomniany, jedynie sos z awokado i czosnku powinien być bardziej czosnkowy. I w dodatku tylko 2 dychy.

Według dziewczyn z głownych dań to naleśnik ryżowy z fasolami jest obfitym rozwiązaniem – i w sumie atrakcyjną opcją za 25zł. Wszystkie dania zebrały pochwały, łącznie z deserowym naleśnikiem.

130 zł na trójkę, to jak na stolicę, za obfitą kolację całkiem akceptowalne. No i można posiedzieć na zewnątrz, patrząc się na zieleń skweru pod teatrem Komedia (jeśli cię sąsiad nie uwędzi w dymie papierosów).
 

Czas na pierogi (na parze) - Jedno danie

Co? Pierożki Tybetańskie
Gdzie? Smak Tybetu, Jana Pawła II 41A (pawilony)
Jak?  8/10
Za ile? 14 zł za 10 pierożków

Na punkcie pierożków na parze mam lekkiego hopla i gdy tylko trafiam na miejsce gdzie je podają to zawsze spróbuję.  W jednym z niepozornych pawilonów na Jana Pawła jest takie coś:
A w środku można oddawać się pierożkowemu szaleństwu. Moje ulubione to:
  1. z krewetką i selerem naciowym,
  2. z wołowiną i selerem naciowym
  3. z warzywami (drobniutko pokrojone paseczki pysznych warzyw)
  4. z ziemniakiem i pomidorem (bardzo smaczne i sycące) - moim zdaniem przebój
  5. no i moja żona lubi szpinakowe z serem.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że:
  • Można dowolnie mieszać w ramach porcji (obok porcja - każdego po jednym z mojej pierwszej wyprawy)
  • Mają moją ulubioną sałatkę z alg
  • Oprócz pierożków mają też znakomitą zupę Then Tuk z kluseczkami (bardzo sycąca i gorąca)
  • No i jak się jest w bardziej filozoficznym nastroju to można sobie poczytać sentencje Dalajlamy. Też poprawiają humor ;)
Chętnie robię im darmową reklamę bo warto by takie miejsce nie zniknęło z mapy Warszawy. Polecam!

środa, 21 stycznia 2015

Jedno danie - para w ruch

Co: Dim sum z krewetkami
Gdzie: Warszawa, Parowóz,  stał przy Przyokopowej
Za ile: 14zł za 10 pierożków
Jak: 7/10


UWAGA: Parowóz jeździ w różne miejsca - zobacz https://www.facebook.com/parowoz.dim.sum

Przy Przyokopowej, naprzeciwko Muzeum Powstania powstało zagłębie biurowe, a gastronomia odstała. Kilka knajpek ma żniwo. Rano można tam kupić kanapki,  sałatki i bóg wie co sprzedawane wprost z samochodów,  a ostatnio kąt parkingu wydzielono pod trzy foodtrucki. Z daleka rzuca się w oczy Parowóz serwujący Dim Sum. Te małe pierożki to mój ulubiony przysmak i nawet ich wersja mrożona jest godna uwagi. Szczególnie że te z Parowozu są bliskie oryginałowi i podawane z wytrawnym sosem do maczania.  Ja wziąłem porcję mieszaną - 5 z krewetkami ( bardzo przypominają prawdziwe Ha Kau) 5 z kurczakiem (też fajne, wyraźne) i kolendrą. Bardzo dobry szybki lunch, choć porcja raczej śniadaniowa.  Najlepiej wziąć 3 na dwoje :) Warte osobnej wyprawy - dla orientacji daję wyjątkowo więcej zdjęć:




poniedziałek, 19 stycznia 2015

Mniam Thai

Może ocena na wyrost - ale niech tam - Warszawa, styczeń 2015

Gdzie? Warszawa, Saska 16, przy Trasie Łazienkowskiej
Co? Naam Thai
I jak? Super
Co szczególnie? Zupa Tom Kha
Za ile? 200zł na dwoje dorosłych i dziecko, bez alkoholu, więc tanio nie jest

Do Naam Thai chcieliśmy wybrać się jakiś czas temu, ale wtedy już o 20 zamykali. Więc w niedzielę, już styczniową wybraliśmy się wcześniej, koło 16:00 i o mały włos byśmy znów zostali  odprawieni z kwitkiem, bo było całkiem pełno. Ale jakoś się udało i było przednio.

Wnętrze z fajnymi, nowoczesnymi elementami i stołami łączonymi w dowolnej kombinacji - bardzo wydajny system:


Nie wzięliśmy przystawki bo nie było Gai Sate - czyli szaszłyczków z kurczaka. Ja zdecydowałem się na zupę rybną, moja pani Tom Kha z tofu, a córa Guai Tiaw Pet - zupę z kaczki. Potem moja pani wzięła oczywiście Phad Thai a ja danie sezonowe - kalmary z woka z sosem ostro-czosnkowo-ostrygowym.

Zacznę od zupy z kaczki (ze specjalnym sosem szefa) - najpier córa rzuciła się na nią, tylko przerzucająć do mojej miski kolendrę i kiełki. I kaczka i zupa jej bardzo smakowały.

Jednak w miarę jedzenia szło jej gorzej. Po prostu bez doprawienia odrobiną mieszanki octowejzupa jest zbyt słodka i monotonna. Ja dokończyłem dodając mieszanki octowej i chili - i było świetne.

Moja zupa rybna była dokładnie jak trzeba - pikantna, esencjonalna, rozgrzewająca (nie bez znaczenia gdy na dworze leje i wieje), chrupkie warzywka.


Ale prawdziwym gwoździem programu było klasyczna zupa na mleczku kokosowym z tofu mojej pani:




Prawdziwe arcydzieło - ostra, słodka, kwaśna, wszystko niesłychanie esencjonalne i w doskonałych proporcjach. Chyba najlepsza Tom Kha jaką spróbowałem - żałuję że w niewielkich ilościach.

Drugie przyszło gdy ja na chwilę odszedłem od stołu i już połowa Phad Thai znikła:
Ja nie jestem wielkim fanem Phad Thai, to było niezłe, tylko moja pani narzekała na to, że nie wyjęto wnętrzności z krewetek co zaburzało smak. Nawet zastanawiam się czy w związku z tym ten drugi widelec nie jest trochę na wyrost ;) ale niech im będzie, szczególnie że kolejne danie było świetne.

Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem tak idealne kalmary - miękkie, tylko leciutko gumkowate, i cudnie pachnące grillem. Pikantny sos w który z zapałem się wlizywałem, chłodząca bazylia, chrupkie kawałki papryki. Zapite sokiem z mango. Ja ze swojego wyboru byłem baaardzo zadowolony, moje dziewczęta takoż.



Obsługa chwilami się gubiła i bezładnie biegała tam i spowrotem, ale dziewczyny bardzo miłe. 200zł to niemało, biorąc pod uwagę, że nie piliśmy alkoholu, a mała brała tylko zupę. Warto.




niedziela, 11 stycznia 2015

Mam mieszane uczucia

Pasta i ... - Warszawa, styczeń 2015

Gdzie? Warszawa, na Odolańskiej
Co? Pasta i Basta
I jak? No nie wiem - chyba dobrze
Co szczególnie? Ciekawą koncepcją jest trio pasty
Za ile? 100zł trzy dania z kieliszkiem wina - ale to było we dwoje

Nie daję widelca, bo nie jestem do końca przekonany czy się należy. Obiad w Pasta i Basta był przyjemny, ale mam jakieś mieszane uczucia - mi smakowało, ale obiektywnie... zresztą może opowiem po kolei.

W sobotnie popołudnie, pogoda okropna, jestem akurat z córą w Iluzjonie i coś wartoby zjeść. Córa chce makaron - pada na Pasta i Basta. Jakoś dowlekliśmy się przed całkowitym przemoczeniem, patrzę co na tablicy dnia (nieco byłem zawiedziony jak przy wyjściu zobaczyłem zupełnie inną listę - dużo ciekawszą, ale pewnie nieaktualna ;)). W oko wpadły mi policzki wołowe, bo podane bez makaronu a wprowadzam lekką dietę.

Córa ostrzyła sobie ząbki na trio makaronów:
tagliatelle z sosem truflowym, papardelle bolognese i riavioli ze szpinakiem i sosem pomidorowym - te ostatnie przypadły mi w udziale, mimo że szpinaku czuć nie było a sos pomidorowy z kawałkami pomidorów świetny. Dzieci są jednak przesądne. Zarówno tagliatelle jak i papardelle zniknęły jak sen złoty - ledwo zdołałem spróbować. Szczególnie odpowiadał mi sos truflowy - choć na śmietanie a nie na maśle, robiony z pasty truflowo-grzybowej, bardzo, bardzo dobry. Bolognese na mój gust zbyt warzywne.

Ja zaś poprosiłem o policzki z pęczakiem i do tego była sałatka z ogórków i cebuli. Mocno się wahałem bo takaż sałatka nieodłącznie kojarzyła mi się z moją zmorą na stołówce szkolnej - z gulaszem z kaszą. Ale przełamałem opór i dostałem:
Tu muszę przyznać naszły mnie wątpliwości. Jak powinny być zrobione policzki wołowe??? Prawie każdy odpowie - tak miękkie by rozpadały się pod widelcem, że niemal można je smarować jak masło. A w Pasta i Basta podano cztery kawałki mięsa do którego nóż był konieczny. Źle? No właśnie o to chodzi, że mi bardzo smakowało. Ja lubię wołowinę przy której używam zębów, jak czuję leciutko żujkie poprzerastane warstwy mięsa i żelowej galaretki.
Dla mnie super. Sos klasyczny, nie wprowadzający zakłóceń smakowych, do tego dobrze ugotowany pęczak. I co? Wątpliwość mam czy to że mi smakuje to wystarcza? Może tak? A może powinno być zgodnie z kanonem? Sam nie wiem, trudno ocenić takie danie.

Na pewno porcja duża i porządnie się najadłem. Zapijając przyzwoitym Primitivo po 14zł za kieliszek.

Córcia zakąsiła jeszcze panna cotta (creme brulee nie było :() z dużą ilością polewy truskawkowej:
Klasyka gatunku. Ja wypiłem świetne espresso Danesi. W sumie za stówkę (trzy makarony są o dychę droższe od innych), miła obsługa  Więc może jednak dać ten widelec???



środa, 7 stycznia 2015

Ocalenie przed zamarznięciem

Rozgrzewające jedzenie - Warszawa, styczeń 2015


Gdzie? Warszawa, na Zgoda
Co? Borpince
I jak? Bardzo dobrze
Co szczególnie? Kaczka jest wyjatkowo dobra, langosz super
Za ile? 200 zł na dwójkę z deserem i drinkami, wino na butelki drogie


Tym razem Węgrzy uratowali moje, no nie życie, ale napewno zdrowie.

Dawno już tak nie zmarzłem. Wybraliśmy się do Teatru 6 Piętro z moją mamą i tam nas wymroziło. Na widowni jakiś straszliwy nawiew zimna, cały czas, obsłga twierdzi, że zaraz będzie ciepło, a tu włosy rozwiewa. W przerwie przyniosłem dla moich pań szaliki, ale dużo nie pomogło. Sztuka fajna ("Słoneczni chłopcy" w konwencji czystej komedii) ale byłem skostniały. Jakbym wiedział założyłbym choć wełnianą marynarkę.

Po wyjściu z teatru nie lepiej. Wieje, mróz, szczękamy zębami. Mama odpada - w tramwaj i do domu, a my mieliśmy iść na kawę, ale tu głód. Coś rozgrzewającego! Zupa - proponuję wietnamską (Bun Hue byłoby znakomite), jednak moja pani się krzywi. To gdzie? I wtedy przypomnieliśmy sobie o Borpince. Taka gulaszowa, ostra, gorąca. Idziemy!

W środku pusto, w końcu to wieczór Trzech Króli, ale szybko dostajemy wino grzane - wielką szklankę, pachnącą goździkami i pomarańczą i herbatę. Wino, po prawdzie nieco za słodkie, jednak w sam raz na pogodę.

Zamawiamy jedzenie. Oczywiście zupy - rybna z sumem i gulaszowa. Moja pani poza tym tylko langosza, ja myślałem o sumie, jednak nie dopłynął więc biorę kaczkę. Od razu uwaga, jak się chce mocno różową to trzeba powiedzieć. Ja nie powiedziałem, ale nawet wysmażona była super.

Jeszcze przed zupą, przychodzi chleb, podgrzany w opiekaczu i bardzo dobry węgierski smalec paprykowy. Nie żałujemy sonbie. Mi podają zupę, wygląda skromnie, z dwoma dzwonkami suma, ale jest niesamowicie intensywna.
Podana w obowiązkowym kociołku :)

Lubię taką mocno esencjonalną zupę, ostrą, o smaku rzecznych ryb. Chleb był do niej jak znalazł.

Moja pani dostała, zgodnie z życzeniem, najpierw langosza, jak dwie dłonie, wyrośnięty, czosnkowy, bardzo smaczny.



Do drugiego zamówiłem kieliszek Ovoros, może być, ale dość płaskie. I dość drogie - 23zł. W ogóle wino mają drogie.


A, właśnie drugie, kaczka z puree z grochu i posmażonymi słupkami marchewki, selera i ostrej kiełbasy. Nie wiem jak oni osiągnęli ten smak kaczki, jakby lekko podwędzony. Geniale - i tak pasujące dodatki.

Zupa gulaszowa, jako główne danie też świetna, przyprawiona jak trzeba, mięsko, gałuszki i ziemniaczki. Bardzo sycąca. I dobra cena, 23zł - bo to naprawdę wystarczy na obiad.
Byliśmy najedzeni, ale nie mogliśmy sobie odmówić naleśników Gundel, podanych na pół, dla mnie z kieliszeczkiem śliwowicy. I jeszcze herbatka.  Jak pięknie nasz Gundel płonie:
Nie przepadam za nadzieniem orzechowym, jednak dla jego amatorów naleśniki muszą być dużą atrakcją. Jak dla mnie za dużo czekoladowego sosu, moja pani wyjadła do czysta ;).

Bardzo miła i kompetentna obsługa - też duży plus.

Tak pomyślałem, że dobrze, że to miejsce przetrwało zawieruchy i chętnie tu powrócę.



Tak króciutko

Zjadłem dobrze - Warszawa, grudzień 2014

Gdzie? W Warszawie, na Francuskiej
Co? Oczywiście Renesans
I jak? Każdy wie - mniam
Co szczególnie? Wiadomo, frytki, fryteczki
Za ile? Ze 2 dychy :) to już z kurczakiem i herbatą

Nie będę się rozpisywał bo w sumie nie ma o czym. Nie zmienię również zdania twierdząc, że w Renesansie są najlepsze frytki w Warszawie.

Mimo, że córce nie bardzo wchodzą takie tradycyjne frytki - ona woli takie 'suche' a'la Mctfu...

A ja wolę te z Renesansu, złote, lekko chrupkie, w środku mięciutkie, ziemniaczane, nierówne, tylko pachnące tłuszczem, ale nim nie ociekające.

No i do tego kurczak. Patrzcie jak to apetycznie wygląda.

Nawet jeśli nie lubię piersi (kurczka), to w Renesansie zjadłem całą, a o skórę stoczyliśmy z córką mały bój (niestety przegrałem).

I to tyle, wpadłem w zimny dzień po łyżwach na Narodowym, zjadłem, co i wam polecam :)


piątek, 19 grudnia 2014

A tę przereklamowaną knajpę możecie ominąć

Może i straszny bachor, na pewno skąpy - Warszawa, grudzień 2014

Nie był to zbyt udany prezent urodzinowy dla samego siebie

Gdzie? Warszawa, Sandomierska
Co? L'enfant Terrible 
I jak? Drogo i głodno
Co szczególnie? Przepiórka jest dobra, a chleb rewelacyjny, ale nie za taką kasę
Za ile? 300zł za posiłek na dwoje z dwoma kieliszkami wina i lampką zwykłego Armagnac

Jako, że miałem urodziny postanowiłem w ramach prezentu dla siebie pójść do dobrej knajpy. Długo wahałem się między znanym i lubianym Solec 44, Zielonym Niedźwiedziem (jeszcze nie spróbowałem) a L'enfant Terrible. W końcu kreatywna kuchnia i jej opisy uwiodły mnie.

Z kreatywnością tu faktycznie nie ma problemu, gorzej z tym co dostaje się za niemałe pieniądze. Nawet przez chwilę zastanawiałem się nad 5 daniami za 200zł, ale nie odpowiadał i wybór, a jeśli usłyszałem, że to po pół porcji to chyba do ich zobaczenia potrzebowałbym mikroskop.

Na pewno mają fajny wystrój i rewelacyjną obsługę, choć wkurza mnie gdy prosząc o wodę dostaję oczywiście włoską najdroższą, a nie Cisowiankę.

Wybór mojej żony był zdecydowanie lepszy - na przystawkę dwa przegrzebki  na musie z kapusty za prawie 5 dych:
A potem przepiórka na dwa sposoby - nóżki confit i smażona pierś. Małe pyszne danie:
Może gdybym to wybrał nie byłbym aż tak niezadowolony.  Ale wybrałem gorzej. Opis: galaretki owocowe, długodojrzewający boczek 33zł - i co dostaję - dwa cienkie jak płatek plasterki boczku (podobny wychodzi ten z Lidla czy Biedronki, ale w paczce jest 14 plasterków) i rozrzucone galaretki z owoców. Smaczne? No tak - tyle co nic.
Dobrze, że był i chleb (po kromce) i bułki.
Na drugie miałem ochotę na karpia z grzybami, tylko bez gryki. Pokombinowali i obiecali podać z czarną soczewicą (już bez grzybów, a szkoda). Brzmiało nieźle:

Może i fajna przystawka - o przepraszam, tu podawane jako danie główne, ale jak biorę karpia to chcę czuć smak karpia a nie rybnego farszu bez wyrazu. Porażka nie tylko wielkościowa ale i smakowa.

Wino na kieliszki koło 30zł za jedno.

Kieliszek polskiej nalewki - prawie 25zł. Armagnac w podobnej cenie, ot jak Armagnac, nic nadzwyczajnego. Desery już odpuściliśmy - ani za makiem ani za piernikami nie przepadamy.

Dawno nie wyszedłem z knajpy tak głodny...

Może jak ktoś wydaje firmowe pieniądze to mu nie szkoda, ale własnych żal zdecydowanie.




środa, 9 lipca 2014

Spacerkiem po Warszawie, Seria 2 odc 6.

Na Francuskiej, na Francuskiej... - lipiec 2014

Saska Kępa jest trendy, Saska Kępa jest droga, więc należy chwalić miejsca gdzie zjedzenie wywierci nam tylko umiarkowaną dziurę w kieszeni


Gdzie? Warszawa, Francuska 24
Co? Prosta Historia
I jak? Fajne bistro
Co szczególnie? Dania są po prostu dobre, ciekawie wyglądała sałata z kaczką ale się skończyła
Za ile? Główne dania koło 30zł, w tygodniu lunch w dobrej cenie

Szukaliśmy czegoś w niedzielę wieczór, ale jak widzę ceny typu 18-25zł za kieliszek wina to obchodzę z daleka (no chyba, że wiem że jedzenie jest genialne). A na co do jedzenia to nie chcieliśmy się napychać.
Oczywiście jest Trattoria Rucola, zawsze dobra, ale wolałem coś nie włoskiego (na obiad była lasagne).
Przeszliśmy sobie do Meksykańskiej w poszukiwaniu jakiegoś miejsca i w końcu wróciliśmy do Prostej Historii, do której zachęcała mnie żona twierdząc, że mają dobre ceny.

Już chcieliśmy siąść na zewnątrz, ale ostrzegawcze krople pozwoliły nam wybrać luksusowe miejsce w środku, zresztą bardzo fajnym.


Upał wisiał w powietrzu więc zacząłem od Pszenicznego Białego z Namysłowa - super wariacja na temat Hoegaarden, tylko za niższą cenę (choć dycha to niemało za brow). Świetnie gasi pragnienie :) i przygotowało miejsce na Carmenere w cenie 11zł za kieliszek (6 dych butelka).

Co do jedzenia to Aga oczywiście wzięła makaron ;)
- spaghetti aglio olio z krewetkami. Zresztą muszę przyznać, że wybór był uzasadniony - idealny makaron al dente, ostra oliwa, słodkie krewetki, słone grana padano. Czego chcieć więcej?

A ja napaliłem się na sałatkę z kaczką, tylko kaczka już odfrunęła i się nie dało :( Więc pocieszyłem się hamburgerem. Takim właśnie wynalazkiem:
Apple Burger - nic nie ma wspólnego z pewną firmą i telefonami - to hamburger z podsmażonymi jabłkami na kwaśno i boczkiem, podany w bułce orkiszowej.  Można dostać medium (ale trzeba poprosić). Wydawałoby się dziwne i bułka za ciężka, ale nie - cała kombinacja bardzo dobra i hamburger uczciwie mięsny. Połączenie boczku ze smażonym jabłkiem po prostu genialne.  No kosztuje to 30zł, mogłoby o 5 mniej, ale jesteśmy na Francuskiej ;)

Nawet córka pożywiła się deserem - gofrem z bitą śmietaną (mniejsza ilość śmietany) i świeżymi owocami.  Już wcześniej jadła najlepsze frytki z Renesansu - tego dnia nieco za słabo wysmażone - i nie była głodna.  Wyglądał apetycznie:




Myślę, że jest do dobra miejscówka jak na lansiarską ulicę. Solidne bistro.  I jest bystro, bystro... obsługa sprawna, co też się chwali.


sobota, 5 lipca 2014

Spacerkiem po Warszawie, Seria 2 Odc. 5

Czego unikać? - lipiec 2014

Właściwie to odpowiedź prosta - Starego (i Nowego) Miasta - tłumy, wysokie ceny, jakość mierna. Wczoraj pomiędzy pokazami akrobatów ulicznych (festiwal Streetart niestety dobiega końca) a wspaniałym pokazem fontann pod skarpą szukaliśmy czegoś do jedzenia. Córka miała ochotę na lasagnę, a ja byłem gotów przyjąć dowolną włoszczyznę. Wszędzie było peło i przeważa "kuchnia polska i pierogi" ale znaleźliśmy zapchany taras Nonna Rita.

Gdzie? Warszawa, Freta
Co? Nonna Rita
I jak? Średnie
Co szczególnie? Pasty i tak lepsze od pizzy
Za ile? Na dwoje z z napojami 90zł


W środku nie dało się usiąść bo nie ma klimy a żar i zaduch od kuchni bije więc poczekaliśmy 15min aż zwolni się miejce. Widać było, że kuchnia ledwo się wyrabia z obsługą raptem 25 osób. Ale wyglądało apetycznie.

Ja skusiłem się na vognole, córka oczywiście pizza margherita. Wyprosiliśmy jako czekadło pieczywo i oliwę - zresztą bardzo dobre. Sok wyciskany się skończył, pepsi też :)

Doczekaliśmy się potraw - w sumie 25min, i pizza porażką. Grubo pasty pomidorowej, a ciasto niby cienkie, ale tektura. No sztuki robienia pizzy to tu nie opanowali. Moja pasta o cień lepsza - w sumie vognole i sos na bazie oliwy - szkoda, że bez białego wina. Japońskie (take sobe).

Na razie nie mam koncepcji co jeść w tym rejonie - nudny Zapiecek z jego pierogami wydaje się najbezpieczniejszy.



Spacerkiem po Warszawie - Seria 2. Odc. 4

Wietnamski raj - lipiec 2014


Gdzie? Warszawa, Chmielna 16
Co? Bonjour Vietnam
I jak? A może jednak dwa widelce???
Co szczególnie? Wszystko jest super. Ale jakoś w pamięć zapadają sajgonki z krewetką
Za ile? Danie + koktajl mleczny lub kawa wietnamska poniżej 30zł

Wietnamskich lokali w Warszawie jest sporo (choć szał na pho nieco przeminął) i widzę jak co raz otwiera się Duża Mi-ha. Jednak ich wspólną cechą jest średnia jakość przy niskich cenach - targetem są lunche pracowników i studenci. Po tym jak zamknięto Sajgon na Chmielnej, który oferował z kolei wersję bardziej luksusową zabrakło mi dobrego wietnamskiego jedzenia. Szczególnie, że obawiałem się, że Bonjour Vietnam się zamyka. Ale nie - działa, mam nadzieję, że ma się dobrze i życzę mu jak najlepiej!  Bo kuchnia tu prawie autentyczna (no wszystkich ziół w stolycy się nie dostanie i jest ich mniej niż nad Mekongiem) i bardzo smaczna.


Ostatnio jestem tam stałym bywalcem, zresztą po drugiej wizycie pani już mnie poznaje. Co nie znaczy, że ruch mają mały, o nie - nie brakuje tam Wietnamczyków - całe rodziny, oraz obcokrajowców, którzy jakoś zwiedzieli się o tym przybytku rozkoszy kulinarnych.


Zacznijmy od sajgonek
O właśnie to - cztery zawijasy z krewetką, jajkiem (super!), makaronem vermiceli i zieleniną. Niby nic, a smak nie do przebicia. I ten sos orzeszkowy do maczania - razem co za zróżnicowanie tekstury - lekko ciągnący się papier ryżowy, miękki makaron, puchate jajko, chrupka zielenina i gumkowata krewetka, wszystko świeże, prosto z krzaka ;) Prostota tego w sumie ubogiego dania jest nie do przebicia. I tylko 12zł!!! Jak za darmo (na wynos 13zł) - Aga bardzo je lubi, a ja żałuję, że nie potrafię takich zrobić sam - ale po co, skoro można podjechać do Bojour Vietnam.

O wietnamczykach myślimy - zupy - i tutaj mamy nielichy wybór. Klasyczne Pho Bo, które wcinała moja córka (nie dała sobie odebrać mięciutkiej wołowiny ;))
Zresztą ta wołowina - nie wiem czy szponder czy goleń - mięciutka, zwięzła, z pysznymi przerostami galretki jest  jasnym punktem wielu zup. A wywar w Pho to prawdziwa esencja - i to dosłownie.

Z bardziej egzotycznych smaków - Bun Oc - zupa ze ślimakami:
Zwróćcie uwagę na klasyczną wietnamską różnorodność dodatków - tofu, paluszek krabowy, ślimaki (małe czarne gumeczki - fajne), kulki mięsne. W ostrawym wywarze o smaku rybnym smakującym jeszcze lepiej po "dosoleniu" sosem rybnym - w Wietnamie nie używają specjalnie soli. Każdy z tych składników zostawia inny smak a razem tworzą niespotykaną harmonię.

I moje wczorajsze odkrycie Bun Cha Ca - zupa z północy z wieprzowiną:
Z cieniutkimi plastrami glonki, mielonki mięsnej, kulek wieprzowych i wołowiny - intensywny, ostry wywar - niebo w gębie, co tu ukrywać.

Może najmniej odpowiadała mi Agowa sałatka z owocami morza - jak dla mnie za dużo sosu o pochodzeniu butelkowym "słodki sos chili":

ale z drugiej strony i krewetki i kalmarki bardzo fajne.

Do picia mają super mango smoothie - na mleku, więc stosunkowo lekki (już truskawkowy byłby lepszy na jogurcie jako koktajl) no i autentyczną kawę wietnamską, stęskniłem się za tym lodowym smakiem.

A - pani w barze nie za bardzo mówi po polsku, ale jest autentycznie po azjatycku przesympatyczna. Tylko gotówka, terminal do kart zepsuty ;)