Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

śniadanko w sam raz

Co? Kanapki (kawa też jest)
Gdzie? Piekarnia Buczek w Krakowie (np. Zwierzyniecka)
Jak? 7/10
Za ile? Kanapka 5.90 tyleż kawa. Drożdżówka z rabarbarem 2zł

Zjeść tanie i dobre śniadanie to sztuka. I w Buczku to możliwe.  Po pierwsze maszyna do kawy Elektra zapewnia przyzwoitą kawę. Moje cappuccino jak za 6zł -odpowiednie. Po drugie mają świetne świeże kanapki.
Mi zasmakowała ta z kiełbasą wiejską.  Chrupka bułka,  solidne plastry kiełbasy,  ogórek kiszony,  odrobina cebuli, chrzan - wszystko świeże i razem smakowite. Czego chcieć więcej?  
No ja zechciałem jeszcze odrobiny słodyczy i tu drożdżówka z kwaśnym rabarbarem była idealnym zakończeniem śniadania. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jedno danie - słodki czar

Co: Pischinger
Gdzie: Kraków, Krupnicza 12, Pochopień
Za ile: 2zł za porcję
Jak: 8/10

Staram się nie jadać słodyczy, ale czasem kupuję dla mojej pani. Kraków jako część Galicji oczywiście oferuje torciki waflowe - pischingery. Kiedyś wydawało mi się, że to nic interesującego (choć pamiętam mojej mamy z kawą i warstwą porzeczkową - był bardzo dobry), ale zaszły okoliczności, dzięki którym zrozumiałem, że jestem w tzw. "mylnym błędzie". Kupiłem na życzenie mojej pani pischingera z kajmakiem i od tej pory wizyta u Pochopienia jest stałym elementem moich wizyt w Krakowie. Szczególnie, że tego doskonałego, lekko chrupiącego wafla z nieprzesłodzoną masą polubiła też moja córka. Oprócz kajmakowego bardzo dobry jest też z czekoladą i śliwkami - ja lubię ten posmak suszonych śliwek przełamujący słodycz. Jest mnóstwo innych, ale te dwa rządzą. Przyjemność za półdarmo - smacznego! Tutaj:
Właśnie to:


niedziela, 18 stycznia 2015

Jedno danie - inny ramen

Co: Ramen z policzkami wołowymi
Gdzie: Kraków,  Ramen Girl of Yellow Dog
Ile: 33zł
Jak: 6.5/10

Po pierwszej wizycie na Krupniczej nie mogłem odmówić sobie kolejnej. Mam taki chytry plan spróbowania całego menu ;) Tym razem padło na Ramen z policzkami wołowymi. Ta zupa jest delikatna, nie bardzo w moim guście,  choć policzki wołowe są oczywiście jej dobrą duszą.  Słodkie mięso,  kwaśna śliwka,  chrupka soja. Tym niemniej to nie mój Ramen. Ale według szefowej kuchni (która również nie uważa go za swoje wybitne osiągnięcie) cieszy się sporą popularnością - trzecie najczęściej zamawiane danie. Wygląda apetycznie i nie wzbudza kontrowersji:

Jedno danie - nereczki

Co: Nereczki confit
Gdzie: Kraków,  Zakładka
Ile: 33zł już z małym piwem
Jak: 7/10

Przypadkiem przechodziłem (z tragarzami) obok Zakładki - tak naprawdę po drodze i na Kopiec Krakusa i do MOCAKu - i oczywiście musiałem wstąpić. Chwilę się zastanawiałem między grasicą,  nerkami i ślimakami, wygrały nerki z marchewką i szalotką. Świetne nereczki w środku różowe z sosem demi-glace, lekko chrupka marchewka i niestety za mało zrobione szalotki,  bardziej skarmelizowane byłyby super. Na uwagę zasługuje też piwo Miłosław Marcowe - gasi pragnienie i leciutka słodycz pasuje do dania. W tej cenie dostałem jeszcze malutki kawałek mięsnej teryny i drobiazg na czekadełko. Bardzo dobre, o krok od świetnego.


Jedno danie - wieczorne łakomstwo

Co: Szwedzkie pierogi
Gdzie: Kraków, Dietla
Za ile: 6zł za pół
Jak: 1/10

Zwykle unikam fastfoodu,  ale był zimny listopadowy wieczór i byłem głodny.  A tu akurat obok coś takiego - szwedzkie pierogi. Ciasto z zapiekanym mięsem lub serem. Pachnie apetycznie. Biorę pół na próbę.  Gryzę i... czym prędzej szukam kosza na śmieci.  Nawet nie przechodząc na drugą stronę Dietla. W środku w cieście szare paskudztwo i tak samo smakujące. Danie dla pijanych studentów.  Omijajcie to miejsce:

poniedziałek, 12 stycznia 2015

W kulinarnej stolicy Polski - cz. 3

Tu można ryzykować jedzenie - Kraków, grudzień 2014

Kraków to nietypowe miasto, bo można tu zaryzykować jedzenie w turystycznej lokalizacji i wyjść z knajpy zadowolonym. Wokół Rynku i zaraz w bok jest kilka fajnych knajp, a my tym razem byliśmy na samym rogu Rynku i Wiślnej

Gdzie? Kraków, na Rynku
Co? La Grande Mamma
I jak? Fajne włoskie jedzenie
Co szczególnie? Zupa z ciecierzycy
Za ile? 100zł na dwójkę z kieliszkiem wina

Mieliśmy ponad dwie godziny do pociągu a to było po drodze.

Mogę tylko dodać, że niedawno byłem w Grande Mamma ponownie - i zdecydowanie polecam. Mają też dobrą białą pizzę z cukinią i pikantną salami. Ciasto cienkie ale zwięzłe, super!


Dzień był chłodny więc zupy były obowiązkowe: cebulowa dla mojej pani (tylko za dychę) - bardzo przyzwoita - i zupa z ciecierzycy dla mnie - ta ostatnia prawdziwie wybitna, intensywnie rozgrzewająca, wyskrobywałem każdą kroplę z dna talerza.
Przypominała mi najcudowniejszą zupę z ciecierzycy jaką jadłem w jakiejś wsi w Las Alpuharas - tylko tu była bez świńskiej skórki (a szkoda).

Na drugie moja pani poszła na rozwiązanie budżetowe - spaghetti aglio olio (tego nie sposób zepsuć, a makaron ugotowany al dente zawsze cieszy) za jedyne 15zł, a ja wziąłem makaron z krewetkami i szpinakiem.

Wygląd efektowny:
sporo krewetek, ale niestety zabrakło masła, które nadałoby kremową konsystencję. Rozumiem, że wersja dla osób na diecie i mimo dobrych składników, trochę dietetyczny smak.

Wino na kieliszki spróbowałem i wybrałem lepsze :) chyba koło 15zł.

Zwykle o takich sprawach nie piszę, ale przy Grande Mamma trzeba wspomnieć o niesamowitym wystroju wnętrz.

Efektowny, lecz nie przeładowany, nawet w bardziej eksponowanych miejscach zapewnia przyjemne miejsce do posiedzenia.

Wyważona mieszanka stylu bistro, eleganckiej restauracji i ciekawego designu.

Ogółem zapłaciliśmy stówkę, może nie super tanio, ale jedzenie smaczne i naprawdę bardzo miłe miejsce. Sprawna obsługa to też duży plus.

środa, 7 stycznia 2015

Co lubię najbardziej?

W kulinarnej stolicy Polski cz. 2 - Rynek Kleparz, grudzień 2014

Gdzie? Kraków, Rynek Kleparz
Co? Jest takie stanowisko z 'włoszczyzną'
I jak? Ja lubię
Co szczególnie? Świeże sery, to na straganach - a porchetta i salceson u Włochów
Za ile? Nawet nie wiem jak zebrała się stówka

Zawsze w sobotę w Krakowie nie mogę ominąć Kleparza. Może to nie jest prawdziwy bazar, taki gdzie chłopi przyjadą wozami, może ceny bywają niemałe (np. widziałem zwykłe jabłka po 4zł) ale takie cuda tam mają.

Poza tym lubię samą atmosferę bazaru. Chyba jedyny bazar jaki znam, co choć trochę przypomina ukochane przeze mnie bazary we Włoszech, Hiszpanii i Turcji.



Mnie najbardziej wzrusza sekcja mleczarska - sery, bundz, oscypki, mleko. Ileż tego, jakież różnorodne i apetyczne. Bundzowi nie potrafię się oprzeć. Tym razem, ze względu na bliskość Świąt, rozmaitość sera przytłoczyły wędliny, ale też nie żałuję.

Oprócz bowiem bundzu, do domku pojechały ze mną kabanosy końskie, które po podeschnięciu, są po prostu przepyszne.

W stoisku węgierskim tym razem nic nie kupiłem (poluję na genialne kaszankę i wątrobiankę), ale za to odkryłem stoisko włoskie. Właściwie są dwa, ale tylko w jednym wchodzi się do małego baraczku i tu zaczyna się. Nie wspomnę o znakomitej szynce suszonej, czy wyborze serów włoskich (kupiłem taki z Kalabrii i dzięki niemu moja pani przeprosiła się z serami o wyraźnym smaku). Oczywiście wszystkiego powolutku próbuję, rozmawiam ze sprzedawcą - jeden Włoch a drugi nie mniejszych rozmiarów Polak, obaj dobrzy do konwersacji.

Wstawili sobie maszynę do kawy, bo sami stwierdzili - bez kawy nie mogli. Dobra, choć z kapsułek, ale warunków na mielenie nie ma.

No i jak próbuję to kupuję na kolejny dzień kilka plasterków salcesonu z nutą pomarańczy, cóż za śniadanie było następnego dnia, ze świeżą bułką z czarnuszką. A jaki smak prawdziwej głowizny, nie jakiejś tam golonki!
Zaś na koniec kupiłem trzy grubachne plastry porchetty - to pieczone w całości prosię (kształt rolady dla co wrażliwszych). Skórka chrupka, mięsko jasne zwinięte z ciemnym, delikatne, przyprawione w stylu polskim - majeranek, tymianek itd. Świnka była genialna i na zimno i na ciepło. I chyba ona nabiła rachunek, bo ważyła ponad 60 dag. Do tego 200g szynki suszonej, spory kawałek sera itd - zebrało się.

Już nie mogę się doczekać kolejnej podróży do Krakowa.

niedziela, 21 grudnia 2014

W kulinarnej stolicy Polski - cz. 1

Wędrówki po kulinarnym Krakowie - czyli tradycja i nowoczesność - listopad 2014

Ośmielam się twierdzić, że to właśnie Kraków, a nie Warszawa jest obecnie kulinarną stolicą Polski. Zawsze było tu dużo kanjp i w przeciwieństwie do mojego rodzinnego miasta, nawet w tursytycznych miejscach można było zjeść bardzo dobre jedzenie.
Po drugie Kraków prezentuje się bardzo dobrze w skali "value for money". Złośliwi powiedzą, że nie powinno to dziwić, ale moim zdaniem nie zdzieranie za dobrą kuchnię stanowi jej niezbędny składnik. Wielu durniów potrafi wyżyć się kreatywnie i zarządać za to bajońskich sum. A ja wolę tych co włożą swą kreatywność i ciężką pracę w tworzenie dań osiągalnych dla normalnego "foodie".
Dowody? Ten właśnie cykl przedstawi kilka ciekawych miejsc, których to lista będzie się niewątpliwie wydłużać.

Gdzie? Kraków, Podgórze, Józefińska 2 (tuż przy kładce przez Wisłę)
Co? ZaKładka
I jak? Tradycja i nowoczesność w świetnym wydaniu za dobrą cenę
Co szczególnie? Menu jest sezonowe, więc trudno mi cokolwiek polecić, bo ostatnich dań które jadłem już w karcie nie ma. Ale na pewno królują podroby, szczególnie grasica
Za ile? Na dwójkę 170zł z butelką wina, lub 120zł z dwoma kieliszkami (wino domowe jest naprawdę super)

W chwili obecnej to moim zdaniem najlepsza knajpa w Krakowie. Ja oczywiście mam skrzywienie w kierunku dań z podrobów (nie wątrobki!) ale nawet moja pani, która na samo ich wspomnienie się krzywi znalazła tu mnóstwo dla siebie.

Zacznijmy od lokalizacji i wnętrza. ZaKładka jak sama nazwa wskazuje ma cudowną lokalizację przy kładce pieszo-rowerowej przez Wisłę, już po stronie Podgórza. W odnowionym budynku mieści się lokal złożony z kilku połączonych ze sobą salek, co sprawia, że mimo tłoku nie jesteśmy przytłoczeniu towarzystwem. Atmosfera wewnątrz ciepła i wymarzonego francuskiego bistro, ale bez zadęcia. Obsługa, jak na Kraków (kompetencja kelnerów to jedyna rzecz, z która miasto nie może sobie poradzić) sprawna.

Więc po krótce streszczę moje dwie posiady w ZaKładce i jak będę tam kolejne razy, co mam nadzieję rychło nastąpi, to też nie omieszkam się podzielić.

Zacznijmy od klasyki - pierwsza wizyta i moja pani zamawia ślimaczki i makaron z owocami morza, a ja dwie mniejsze dania - grasicę i nereczki na puree.  Na początek urocze czekadełko (definitywnie jakiś mus zupowy z chrupiącym dodatkiem) i świetne portugalskie wino, taninowe, ale nie drętwiejące języka, w cenie o ile pomnę 80zł:



 Potem przychodzi najważniejsze - czyli grasica:
Jak widać podana na szparagach (to był kwiecień) i podpieczona z serem. Dawno nie jadłem tak dobrej grasicy - nawet ta u Kręglickich w Piątej Ćwiartce się nie umywa.
A moja pani dostała najlepsze na świecie ślimaki (no dobrze, w Wietnamie były lepsze :)), może nie
wyglądają, ale podane w sosie wydobywającym całą miąższość i lekko ziemisty smak ślimaka:
Dotąd nie rozumiem czemu nie zamówiliśmy repety...

Makaron mojej pani nie był największy, ale za to obfity w zwierzaki, zwieńczony dużą krewetą zrobioną idealnie w punkt - już ścięta, ale nie przegotowaną.
Moje nereczki - po prostu boskie. Nereczki to zapomniana część zwierzaka a wymaga wszak tylko króciutkiego smażenia. Ja je uwielbiam - gdy są tak chrupkie z zewnątrz i idealnie miękkie w środku. Do tego puree z warzyw korzeniowych - solidny akompaniament do wyraźnego mięsa.

Do nereczek czują głęboką sympatię, po tym jak w Paryżu o 23:00 trafiłem do czynnego wtedy (i według strony cały czas) całą noc Au Pied de Cochon (http://www.pieddecochon.com) gdzie nereczki w musztardzie zapijane Vacqueyras uratowały mnie od śmierci głodowej. Ale tyle dygresji wracajmy do ostatniej wizyty w ZaKładce na menu gęsie w listopadzie.

Po doświadczeniach kulturalnych Cricoteki - polecam - trzeba zarezewować sobie ponad półtorej godziny,

zacząłem od rosołu z gęsiny z jajeczkiem i pierożkiem gęsim:
bardzo dobrego, jak trzeba intesywnego, a jajeczo płynne w środku świetnie z nim kontrastowało, nie obraziłbym się za DWA pierożki ;)

Moja pani jadła zupę rybno-krabową, w stylu musu, ona woli taką z kawałkami, ale smak tej był bezbłedny i mi przypominający nicejski wariant, dokładnie taką serwują w tamtejszych knajpkach.

Zaś drugie mojej pani, wyglądając niepozornie biło rekord popularności, nawet usłyszałem coś czego nigdy bym się nie spodziewał "mogli dać więcej sosu", trzeba przyznać, że sos śliwkowy podkręcał smak tego rewelacyjnego strudla gęsiego:

 Moje udo (a właściwie podudzie, czyli jak mawiali u mnie w domu pulka) gęsie:
było zrobione idealnie, chciałbym tak umieć. Tylko do dodatków mam zastrzeżenie - miała być kremowa fasolka z warzywami korzeniowymi. I już wyobrażałem sobie to puree z fasoli - faktycznie idealny dodatek do gęsiny, a tu jak widać fasolka w całości i raczej nie kremowa. Skończyło się na tym, że sam ugiotłem to widelcem na puree i wtedy było idealne.

Zapytacie więc - jeśli nie idealne to czemu, aż dwa widelce, są trzy powody:
  1. jedzenie jest ogólnie super i porcje sycące
  2. miejsce ma atmosferę i na randkę i na rodzinny posiłek, jakieś wewnętrzne ciepło
  3. a ceny, szczegolnie win, nie nabijają w butelkę, mało takich miejsc gdzie zjem za 30Eur solidny obiad na dwoje, popijając kieliszkiem dobrego wina
Ja tam planuję wracać, tak często jak się da.

piątek, 19 grudnia 2014

Powrót do Krakowa - spieszcie się

Przeżycie kulinarne, którego ominąć nie można - Kraków, grudzień 2014

Nie wiem jak długo to cudowne miejsce będzie działać, więc spieszcie się odwiedzić:

Gdzie? Kraków, Krupnicza 9/1
Co? Ramen Girl Yellow Dog
I jak? Niesamowite
Co szczególnie? Każde danie jest niezwykłe, ale chyba jednak Black Ramen w pamięć zapadło najgłębiej
Za ile? 160zł na dwójkę z zieloną herbatą

Widziałem to miejsce przez wielkie okna z ulicy, acetyczny wystrój w zestawieniu z krzykliwym muralem w środku przyciągał wzrok



Ale przecież do restauracji, która serwuje eksperymentalną kuchnię japońską. Naprawdę. W Krakowie, i jak przyzna każdy, kto miał do czynienia z kaiseki - za niewygórowane pieniądze. Oczywiście Ramen Girl to nie kaiseki ale kuchnia najwyższych lotów.

Zacznijmy od ramen

Black Ramen to wrażenie wstrząsajace dla kubeczków smakowych, wziąłem małą porcję (całkiem sporą) ale na pewno duża jest jeszcze lepsza - bo dostaje się więcej tej niebiańskiej zupy. Połącznie smaków i tekstur trudne do opisania - intensywny, lekko pikantny wywar, chrupki boczek, słodkie włókna wieprzowiny, chrupkie ziarna soi, fliskowaty makaron, cienkie plastry rzodkwi daikon. Razem rozkosz dla podniebienia. Niezapomniane.

Wontony mojej żony były dobre, a wywar z tych delikatniejszych na bazie miso - też bardzo w moim stylu (te zupę jadł też dwulatek [na spółę z mamą] przy stoliku obok).


A potem nastąpiła seria trzech dań - u mnie omnivore - czyli w kierunku mięsnym, a żony warzywnych.

Drobne klejnociki:
Rozpadające się mieciutkie, policzki wołowe na słodko z chrupkim jarmużem
Pokryta płatem owocowego żelu kaczka z kosteczką pomarańczy, genialnymi marynowanymi burakami - krojonymi cienko jak liść, kapusta no i oczywiście daikonem. Niby nie miałem ochoty na kaczkę a nie mogłem się oderwać:

A ostatni z mięs - wolno upieczony boczek z płatem kapusty i rzodkwią (do tego boczku wrócę w kolejnym wpisie)
Warzywa też niezwykłe, może najmniej udane uszaki (czarne grzyby):
ale za to zwykłe boczniaki - niezwykłe - szczególnie z delikatną rzodkwią i cebulką
I to juz był calkowity koniec - bulwy - znany nam burak kwaszony, żółty burak, topinambur i rzodkiew podane z kremem wasabi. Potem na pewno nie odczuwasz głodu

Ja już kombinuję jak wrócić tam w ten weekend. A czytelnikom radzę jak najprędzej udać się do Ramen Girl, bo jakoś nie wierzę, by lokal ten przetrwał długo serwując tak proste, lecz jednocześnie wyrafinowane jedzenie.