sobota, 25 stycznia 2014

Najlepsza kawa w Johannesburgu

 
Gdzie? Johannesburg, Gwen Street (i inne), RPA
Co? Vida e Cafe
I jak? Jak na poza Włochami bardzo dobra kawa
Co szczególnie? Kawa i pastel de nata
Za ile? Espresso 12,50R (teraz mniej niż 4zł), meia 17R, pastel 12R, kanapki po 30-40R

Poszukiwanie dobrej kawy poza Włochami (ok. Chorwacją i Kosowem też) jest zawsze trudnym zadaniem. Naszą ojczyznę w to wliczając, dlatego zawsze mile witam miejsca gdzie mogę wypić dobre espresso.
Jak już wyjaśniałem Portugalczycy też potrafią takie zrobić - jak się prosi o cafe curtu. A wpierw dowiedziałem się o tym wiele lat temu w Vida e Cafe w Cape Town - gdzie tamtejsza kawa podtrzymywała mnie przy życiu.
Dlatego w Johannesburgu staram się zawsze zlokalizować najbliższą Vida e Cafe. W tym przypadku na Gwen Street w Sandton (jest jeszcze koło Nelsona Mandeli ale późno otwierają i wcześnie zamykają. Tę na Gwen staram się uwzględnić w mojej podróży do pracy (parking do 15min za darmo, zdążam nawet przy kolejce). W tygodniu biura zapewniają im duży ruch, ale w weekend jest spokojnie i można posiedzieć na tarasie.
Ja oczywiście przychodzę tam dla kawy, zwykle espresso, czasem by sobie dogodzić z pysznym portugalskim pastel de nata (no nie taki jak w Lizbonie, ale i tak super) a na wynos mocna meia - espresso ze średnim mlekiem.
Polecam spragnionym kawy (jedyna zidentyfikowana alternatywa to na przylotach w kawiarni z illy da sie wyprosić espresso "italian style" też niezłe po przylocie).





niedziela, 19 stycznia 2014

Faworeczki


Gdzie? Na rogu Puławskiej i Alei Lotników
Co? Cukiernia Kryś
I jak? Niezłe
Co szczególnie? Faworki
Za ile? Spore pudełko faworków ok. 15zł, pączki po 2,50

Do cukierni zwykle nie chodzę, jak już muszę coś słodkiego to wolę własne trufle czekoladowe, szczególnie ze śliwką i śliwowicą, albo po prostu podgrzaną na patelni wczorajszą bułeczkę maślaną z rodzynkami, ale ostatnio miałem ochotę na coś innego.

Mimo ogromnej kałuży na rogu przeprawiłem się na drugą stronę Alei Lotników, o tutaj:
Budka wydawała mi się podejrzana, ale zwykle kręci się tam sporo ludzi, ceny są normalne, więc podejrzewałem niezłą jakość.

W środku wruszył mnie wybór małych rogalików- z makiem białym i czarnym, orzechami, jabłkiem, budyniem, nie mogłem się zdecydować, a tu mamy karnawał - więc może by tak faworki. Kupiłem pudełko.

Niezwykle delikatne, kruche, wysmażone bez posmaku tłuszczu, bez żadnego posmaku octu, dawno już nie jadłem tak dobrych.

Oczywiście można podobne kupić u Gesslerowej płacąc trzy razy więcej, ale ja wybiorę te obok.


sobota, 18 stycznia 2014

Po drugiej stronie ulicy

Gdzie? Na bazarku Lotników (Pasaż Lotników)
Co? Gurman
I jak? Niezłe
Co szczególnie? Pielmeni
Za ile? 14zł porcja 15 pielmeni i kubek barszczu za 3zł

Gdzie? Na bazarku Lotników (Pasaż Lotników)i
Co? Sushi Bar Don
I jak? Bardzo dobre
Co szczególnie? Nooo, sushi i maki
Za ile? Mały zestaw 22 zł, do najedzenia się za 45zł

Czasem wyprawa na drugą stronę ulicy może okazać się owocna. Bazarek przy Lotników widać ode mnie z balkonu i zwykle odwiedzałem tam tylko jedno miejsce - Piekarnia Orężna z najlepszym chlebem pełnoziarnistym w Warszawie.  Do tej pory nie wiem jak można robić tak świetny chleb po 6zł za kilogram.

Ale od dłuższego czasu intrygował plakat reklamujący pielmenie i czebureki - Restauracja Gurman. Pielmenie - te cudowne pierożki z surowego mięsa, jakież przeciwieństwo naszych odpadowych pierogów z mięsem. Trudno na nie trafić. Na dobrej jakości nawet w Moskwie. Kiedyś świetne robiono w dawno znikniętej restauracji w biurowcu na Chmielnej. Gesslerowa robiła takie "sikające" w Ale Gloria, ale ostatnio widziałem tylko takie mniejsze podawane z masłem i octem dębowym, ale za prawie 30zł. Więc musiałem sprawdzić co oferuje nam bazarek przy Lotników.

Nie było łatwo znaleźć bo od "mojej" piekarni trzeba przebrnąć przez błoto budek ciuchowych by znaleźć się wśród nowocześniejszych pawiloników idących pod Smyczki.  I tak jest to:

Wszedłem od razu na pielmenie, barszcz oddzielnie. Pani szybko wrzuciła na wrzątek zamrożone zawiniątka (pielmenie, jak bigos, są lepsze przemrożone).  I już po kilku minutach wylądował przede mną plastikowy talerzyk z apetycznymi pierożkami, łychą śmietany i kubek barszczu. Rozgryzam. Mały zawód - nie "sikają".  No tak, ale nie oczekujmy, że w takim miejscu ktoś doda do farszu szpiku by powstał apetyczny rosołek. Smak - bardzo dobry, mięsny, możnaby dać więcej surowej cebuli, ale pewnie wielu by to nie odpowiadało.  Tak naprawdę to tak dobrych pielmeni dawno nie jadłem. Ciasto sprężyste, nie za grube.

Zacząłem analizować proste menu:
Zafascynowały mnie pierożki uzbeckie (wegetariańskie), jak przez mgłę pamiętałem warzywne, mocno kolendrowe pierożki w Taszkiencie.  Ale kiedy to było? 16 lat minęło...  Do spróbowania kolejnym razem.

No i kolejny raz nastąpił.  Taki mały głód wracając z kijków do domu. Zaszedłem, zamówiłem czuczwarę. Czytam skład - szpinak, zioła, zobaczymy. Rozryzam pierwszy - i od razu ostrzegam - koperku w składzie nie ma a w środku jest. Nie lubię i od razu wyczuję. Niezłe, ale kubków smakowych nie oszołomiły.  Raczej typowa "opcja wegetariańska".  Wolę pielmenie.  A przy sąsiednim stole zajadają apetycznie chrupiące czebureki - na następny raz.

A w Gurmanie sprzedają też na wynos (i tak wszystko jest mrożone) - to może być dobra opcja, 40zł za kilo pielmeni, a można wziąć i pół kilo za 20zł - w sam raz na małe danie we dwoje.

Jednak to wyjście miało i dodatkowe pozytywne cechy. Siedzę i jem czuczwarę i wchodzi pan. Zaczyna się wypytywać o pierogi na wynos. Pani wyjaśnia, że lepiej wziąć mrożone to ugotuje sobie w domu, pan bieże, wychodzi a po chwili wraca: "No niech mi pani ugotuje je teraz, głodny jestem, miałem iść na sushi ale dziś zimno i nie chce mi się czekać".

Sushi - moje uszy nastroszyły się jak radary "Podobno dobre?" "Proszę pani, najlepsze w mieście, dużo jadłem w różnych miejscah, ale ten japończyk robi najlepsze.  Na mieście to dają do ryżu cukru, octu, aż nic innego nie czuć. On szkolił kucharzy w kilku knajpach, a teraz ma tu swoje"

Nie wytrzymałem - "Tu to znaczy gdzie?"
"No na przeciwko, zaraz po lewej. Ale robi tylko na wynos"

Na wynos? To może jest opcja.  Na kolację?

Na niepozornych drzwiach krótkie menu - z pięć zestawów, i pięć specjalnych rolków, hand rolls, jako nowość pierożki gyoza - ot taka karteczka.  Wchodzę - krząta się starszy azjata, zapach przysmażanej gyoza i ryżu, w ladzie kawałki świeżego łososia, tuńczyka, maślanej.  Zamawiam "Za półtorej godziny bo dużo zamówień na sushi" - ostrzega. To dobry znak. Biorę zestaw "C" - po cztery nigiri i kalifornia rolls oraz Niji - rolek z węgorzem w środku a łososiem, tuńczykiem i maślaną na zewnątrz. Ot taki:
Proszę Państwa - takie proste, a takie dobre. Kalifornia nie tylko z surimi ale i z łososiem, niji super. Ryby świeżutkie. A ten ryż! Delikatny, pachnący, bez obcego smaku, idealnie kleisty.  Uczta.  To na pewno zamówię nie raz! Pan Yuichiro Yoshida wie co robi.

Tylko mam dylemat - no dobrze - zdradzę numer telefonu do zamówień - 785 123 278.






wtorek, 15 października 2013

Gdzie zje turysta?

Gdzie? Taormina, Sycylia
Co? La Cisterna Del Moro
I jak? Dobre
Co szczególnie? Jedliśmy tylko bardzo fajną pizzę. Super widok i mówiący po polsku kelner
Za ile? 35Eur za dwie pizze, wodę i pół litra domowego wina

Gdzie? Taormina, Sycylia
Co? Ristorante Le Naumachie
I jak? Bardzo dobre
Co szczególnie? Zupa cebulowa, spaghetti al riso
Za ile? 60Eur na dwójkę z dwoma kieliszkami wina

Taormina, Taormina, w każdym folderze o Sycylii pełno nad nią zachwytów. Przyjeżdża tu każdy. I ma rację!

Taormina jest przecudna. Zielona, widoki na morze zapierają dech w piersiach no i wystarczy skręcić w boczą uliczkę by uwolnić się od tego tłumu turystów na Corso Umberto Eco (nawet ceny w sklepach z pamiątkami są tam o 20% niższe).


Ale Umberto i droga do teatru zapchane po dziurki
A gdzie zjeść? No to dobre pytanie.

Pierwszego dnia byliśmy tam ok 15:00 więc wszystko pozamykane i ratujemy się restauracją z przewodnika - Cisterna del Moro.  Na pewno ma fajny widok (stoliki przy barierce)
Kelner mówi do nas po Polsku z włoskim akcentem (po rosyjsku i niemiecku też mówi). Przewodnik rekomenduje pizzę, więc zamawiam - salsiccia - no i popatrzcie co dostałem:
jedliście kiedyś pizzę z ziemniakami? Ta była super, rozmaryn wydobywał smak ziemniaka i kiełbaski (przyprawionej koprem włoskim), Aga zmiotła swoją serową, a mi ranty pizzy zwykle nie jadane posłużyły do wyjadania pysznej czosnkowo-paprykowej oliwy. Najadłem się jak prosię ;) tylko wino domowe podłe no i obowiązkowy cover charge. Ale nie żałuję - moja jedyna pizza we Włoszech.

Kolejnego dnia na kolację (bo tego to już nic nie byliśmy w stanie zjeść) poszliśmy do rekomendowanej Le Naumachie w małej, cichej, uliczce równoległej do Umberto. To inna liga. Adze smakowała bardzo cebulowa (z lekką nutą grzybów):
Ja wystartowałem z sałatką z pomarańczy i cebuli (ekstra pomysł) i mini zapiekanego bakłażana:

A potem - jeżowiec! Jak żadko spotyka się to cudowne mięsko, takie słodkie i morskie, do tego pyszne czerwone wino równoważące specyficzny smak jeżowca. Oczywiście nie gotowane, ale tylko wymieszane z gorącym spaghetti:

PS. Mam nowy pomysł z ocenianiem knajp - ciekawe co Wy na to?




sobota, 12 października 2013

Plażowisko

Gdzie? San Vito Lo Capo, Sycylia
Co? Giardino Corallo, Jacaranda
I jak? Dobre
Co szczególnie? Przystawki w Corallo, Busiati w Jacarandzie i ich wino na kieliszki
Za ile? 60Eur na dwójkę

San Vito to typowy kurort. Słynie z piaszczystej plaży (od tej strony to rzadkość). Ale plaża tłoczna, niezbyt długa (z kilometr - półtora), fajna, ale samo San Vito to ot takie sobie
Oczywiście obok jest piękna Riserva Zingaro, ale akurat jak wybraliśmy się tam na wędrówkę to pozamykali szlaki a snorkelowanie też bez szału, bo fala wzburzyła glony.  Choć tamte plaże są niewątpliwie urokliwe (kamieniste)

Pod względem jedzenia jak porównam z kurortami nadbałtyckimi to oczywiście jest szałowo, a gna' Sara to klasa sama w sobie.  Ale i inne restauracje też mogę polecić. Odwiedziliśmy w sumie trzy: Jacarandę w hotelu San Vito z widokiem na morze, Il tonnaro - też hotelową i Giardino Corallo. Może zacznę od tego ostatniego, bo ciekawa koncepcja.

Giardnio ma tylko menu dzienne układane według  tego co mają i składające się  z fantastycznych przystawek - ot taki:
A moim zdaniem królowała kulka z ryżu z kałamarnicą:




Na drugie dostaliśmy po małej porcji makaronu, dobrego np. z mini brokułem i kałamarnicą.  Deser porcja niewielka sorbetu melonowego albo sycylijska rurka, która Aga sobie darowała.

I jedyna wada to przesadzona cena - za 30 Eur od osoby, bez wina (z wodą i kawą) można zjeść na Sycylii lepiej.  Ale taki kurort.

Jacaranda mimo swej lokalizacji  nie nadęta nadmiernie i nie droży się. Za 60Eur zjedliśmy tam smażone kalmary (porcja dania głównego podzielona między nas jako przystawka) po porcji busiati - z bakłażanem (rewelacja!) i z tuńczykiem i bottargą (ikrą).  Maja świetne wino na kieliszki.  Najlepsze na kieliszki jakie piłem na Sycylii - zarówno białe jak i czerwone.  Zdjęć nie mam bo było po prostu za ciemno...

Il tonnaro - też niczego sobie, choć nie do końca rozumiem kiedy jest otwarty.  Tamtejsza caponata z krewetkami na parze była rewelacyjna.

A jak wspominałem na face to i w zwykłym barze zjeść można by dobrze.  Jednak jeśli kiedyś wrócę na Sycylię (bardzo chętnie) to raczej nie do San Vito.



 

Eh, te bakłażany

Gdzie? San Vito Lo Capo, Sycylia
Co? Gna' Sara
I jak? Znakomita
Co szczególnie? Busiati Gna' Sara, w ogóle wszystkie busiati, caponata, sałatka z owoców morza, placki (fritatta) z rybą
Za ile? 50Eur na dwójkę z winem domowym


Czasem trafia się na restaurację po prostu świetną. We Włoszech nie będzie to z pewnością lokal najbardziej luksusowy, za to mocno oblężony. Gna' Sara mając lokalizację w centrum (choć nie na głównej ulicy) San Vito Lo Capo może pozwolić sobie na bycie wybredną. Żadnych rezerwacji, przychodzisz, dostajesz kwitek i masz się pojawić za pół godziny, 40 minut, półtorej godziny lub kiedy tam ci wyznaczą, bez dyskusji. A chętni się tłoczą.

I nic dziwnego, bo Gna' Sara to dla mnie kwintesencja lokalnej kuchni włoskiej, opartej głównie o świetny makaron i sezonowe warzywa. Ja miałem szczęście bo sezon był na bakłażany. No więc, na początek caponata (po prostu świetna)

albo taki bakłażan faszerowany riccotą z sosem pomidorowym
no i koniecznie Busiati Gna' Sara - z pecorino, migdałami i pomidorami:
Z tym daniem szczególnie miałem szczęście bo mogłem go wyjadać Adze dwukrotnie, za każdym razem głęboko zachwycony.

Z przystawek najlepsza sałatka z owoców morza - danie które zwykle jest byle jakie, tu podane lekko ciepłe nabiera niesłychanej głębokości smaku i pozwala cieszyć się różnorodnością owoców morza
A to są placki z rybą, na które czekałem prawie godzinę (chyba wtedy o nas zapomnieli), ale były pyszne
 No a na koniec mały przegląd co braliśmy tam jeszcze - tagliata z tuńczyka - tuńczyk seared jak trzeba, tylko podgrzewa pecorino
I różne rodzaje makaronu - pierożki z ricottą w rosole rybnym, z krewetkami i orzeszkami pinii w sosie cytrusowym, a i zamniałbym o pupletach z anchovies w sosie pomidorowym, oj muszę przestać bo oszaleję z głodu




Dla wyjaśnienia dodam, że jedliśmy tam  czterokrotnie (w ciągu 7 dni) i ani razu za często.

Wino czerwone domowe też bardzo dobre, za 4Eur pół litra.







środa, 2 października 2013

Średniowieczne Erice

Gdzie? Erice, Sycylia
Co? La Pentolaccia
I jak? Godne polecenia
Co szczególnie? Spaccatelle con le sarde
Za ile? 40Eur na dwójkę z winem domowym

Leżąca na wzgórzu, piękna średniowieczna Erice, tuż obok lotniska na które lata Ryanair. Z góry zapierające dech w piersiach widoki na okoliczne wyżyny, saliny koło Trapani i błękit morza Tyrreńskiego i Śródziemnego.




Ale poza romantycznymi ruinami zamków i zadziwiającym wnętrzem katedry najfajniejsze jest łażenie po krętych uliczkach. Tam jednak niestety łatwo wpaść w restauracyjną pułapkę turystyczną. Dlatego też skorzystałem w księgarni z włoskiego przewodnika który zarekomendował La Pentolaccia. Już sam fakt, że w środku było pełno Włochów z zapałem wcinających ryby i owoce morza nastroił mnie pozytywnie.

Na przystawkę podzieliliśmy się sałatką z owoców morza i fenkułu
Kalmary w niej były wyjątkowe, a i cała reszta skrzyła się świeżością. A potem Aga wzięła riavioli a ja jedną ze specjalności sycylijskich - pasta con la sarde. Grube spaccatelle, podobne do gąsiennic oblepiał pyszny sos z sardynek, rodzynek, pomidorów, kaparów, anchovies i tartej bułki.  Ukoronowaniem była sardynka w całości

Jadłem już to danie kilka razy i nigdy nie miało tak wyjątkowo doskonałego smaku.

Wino domowe było marne, ale pijalne.  Niestety liczyli 2Eur od osoby za cover ale i tak rachunek znośny. Definitywnie alternatywa dla panoszących się tam różnych 'barów wenus'