Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johannesburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johannesburg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2014

Najlepsza kawa w Johannesburgu

 
Gdzie? Johannesburg, Gwen Street (i inne), RPA
Co? Vida e Cafe
I jak? Jak na poza Włochami bardzo dobra kawa
Co szczególnie? Kawa i pastel de nata
Za ile? Espresso 12,50R (teraz mniej niż 4zł), meia 17R, pastel 12R, kanapki po 30-40R

Poszukiwanie dobrej kawy poza Włochami (ok. Chorwacją i Kosowem też) jest zawsze trudnym zadaniem. Naszą ojczyznę w to wliczając, dlatego zawsze mile witam miejsca gdzie mogę wypić dobre espresso.
Jak już wyjaśniałem Portugalczycy też potrafią takie zrobić - jak się prosi o cafe curtu. A wpierw dowiedziałem się o tym wiele lat temu w Vida e Cafe w Cape Town - gdzie tamtejsza kawa podtrzymywała mnie przy życiu.
Dlatego w Johannesburgu staram się zawsze zlokalizować najbliższą Vida e Cafe. W tym przypadku na Gwen Street w Sandton (jest jeszcze koło Nelsona Mandeli ale późno otwierają i wcześnie zamykają. Tę na Gwen staram się uwzględnić w mojej podróży do pracy (parking do 15min za darmo, zdążam nawet przy kolejce). W tygodniu biura zapewniają im duży ruch, ale w weekend jest spokojnie i można posiedzieć na tarasie.
Ja oczywiście przychodzę tam dla kawy, zwykle espresso, czasem by sobie dogodzić z pysznym portugalskim pastel de nata (no nie taki jak w Lizbonie, ale i tak super) a na wynos mocna meia - espresso ze średnim mlekiem.
Polecam spragnionym kawy (jedyna zidentyfikowana alternatywa to na przylotach w kawiarni z illy da sie wyprosić espresso "italian style" też niezłe po przylocie).





niedziela, 2 czerwca 2013

Zwyczajem starszych ludzi...

Wyjazd do Dubaju i Johannesburga - maj 2013

Agata Christie w "24 kosach" (24 Blackbirds) włożyła w usta kelnerki mądre stwierdzenie "Men are creature of habits.  If you see older gentlemen he doesn't like surprises with food and chooses option he knows" (albo coś w tym stylu, bo cytuję z pamięci ;)). Teraz i ja czuję się w tej kategorii, a przynajmniej odpowiada jej moje zachowanie w ostatniej podróży.

Ale jest w tym ziarno (nawet dość duże) prawdy, po co ryzykować, gdy można zjeść to co się naprawdę lubi.

Więc poszedłem utartym szlakiem.  Może zacznę od sentencji:
pod którą mogę podpisać się oburącz.  I podpisałem się oddając się dwukrotnie znakomitym południowoafrykańskim stekom.

Najpierw w Local Grill w Parktown North (http://www.localgrill.co.za/) a następnie w Butcher Shop (http://www.thebutchershop.co.za/). Żeby było śmieszniej to nawet mięso wybrałem podobne - sirloin on the bone - bo z kością smakuje lepiej, ale ich smak był zdecydowanie różny.  W Local Grill jest to bardzo zwarty kawałek mięsa z cienką warstewką tłuszczu (już się bałem, że go obkroili) a w Butcher to rozległy stek z długim żebrem, mocno poprzerastany przygrilowanym tłuszczem.  Muszę przyznać, że smakuje mi bardziej.  Choć Local Grill ma lepszą atmosferę, super wybór przystawek (ach ten zestaw kiełbasek - do dzielenia na co najmniej 4 osoby), ciekawszy wybór win, nawet jeśli Laborie Pinotage nie byłem zachwycony, bo za lekkie do steka to Warwick Three Cape Ladies był oczywiście bezbłędny.  Ale i w Butchers ich jeden z domowych blendów z Guardian Peak to było dobre wino w cenie 49R za kieliszek.  Co kto lubi...

A i w tym samym temacie będąc w Dubaju ponownie odwiedziłem Kisaku i tym razem raczej zawód.  Sushi jest świetne, ale dorsza w miso podali jakieś marne kawałki, a już ich zielona sałata to żenada utopiona w majonezie i podsiąknięta wodą - fuj. 

Tak więc z tej podróży dużo nowości nie dostarczę.  Ale czekajcie na korespondencję ze Sztokholmu.



sobota, 30 marca 2013

Dim Sum jak obiecane


Chinatown w Johannesburgu - 23 marca 2013
 
Dim sum (zwane też yum cha) – oryginalnie kantońskie danie śniadaniowe, teraz poza Hong Kongiem podawane najczęściej między 11 a 15 – pierożki na parze i inne kunsztowne drobiazgi to moje ulubione danie.  Właściwie trudno powiedzieć, że danie bo przecież każde wyjście na dim-sum to co najmniej 5 różnych dań, więcej gdy nie jestem sam.

Już w zeszłym roku wytropiłem dim-sum na China Town w Johannesburgu.  Serwowała je tam knajpa bez nazwy, z której moi lokalni znajomi zwiali niczego nie spróbowawszy, bo przeraził ich standard miejsca.  Ale J. dania smakowały, i przeżyła je bez sensacji.  Byłem tam stałym gościem w każdą sobotę, jak byłem w Johannesburgu. Więc jakaż była moja rozpacz kiedy w ostatnią sobotę okazało się, że jest zamknięta. Nie wiem czy na stałe, czy z okazji długiego weekendu. Mam nadzieję, że to drugie.

Ale naprzeciwko jest Shun De, o wiele bardziej elegancka (obrusy nieplamiące ;) wyściełane krzesła, kelnerki w fartuchach), dim-sum też okazały się niezłe, choć trudniej wybierać, bo pojawiają się małymi partiami.

Zacząłęm od congee – zupy ryżanki – myślałem, że z małżami, ale była z kurczakiem i galaretkami z krwi i kawałkami kurzych podrobów – idealne połączenie mdławego ryżu, wyraźnego mięsa i delikatnych galaretek, posypane zieloną cebulką. Zawiódł mnie brak moich ulubionych łap kurczaka z sosem z czarnej fasoli, więc wziąłem na zimno po tajsku z chili. Dobre, ścięte galaretowate mięso, solidna skórka i jest co poobgryzać, ale to jednak nie to. A potem pojawiły sie kiedy byłem już napełniony. Najlepsza okazuje się jednak wołowina duszona w słodkim sosie sojowym z czarnym pieprzem. Ostre. Nie wiem czy to głowizna, czy kawałki z nóg, ale rewelacyjne mięso i ciągliwe kawałki ścięgien. Nie zostawiam nawet kropli aromatycznego sosu, tu przydała się łyżka z congee.

Patrzę, że pojawia się coś nowego. Cóż to – och! przyszły Har Kau – potężna krewetka z pędem bambusa w delikatnym cieście ryżowym na parze. Nie mogę się oprzeć i biorę dwa koszyczki. To będzie zwieńczenie mojego lunchu. Ukoronowanie.

I całość z dużym dzbankiem herbaty za 120R – niecałe 50zł. Mój ostatni obiad przed Mozambikiem. Może ten Shun De to akceptowalna alternatywa?

piątek, 22 marca 2013

Jeszcze przed wakacjami

Mała zagadka z kuchni portugalskiej, Randburg - marzec 2013

Jak patrzę na swoje posty to trochę się dziwię.  Czy ja rzeczywiście żywię się wyłącznie kuchnią chińską i portugalską.  Chyba ostatnio tak wychodzi.   Bo jak mam na coś ochotę to trafiam albo do knajpy azjatyckiej albo na steka, albo do portugalskiej.

I wczoraj również.  Kiedyś J. zaciągnął nas w to zadziwiające miejsce przy Beyers Naude Drive.  Pojedziesz dalej - zaczynają się prawdziwe slumsy.  A tu dość nędzne centrum handlowe, tylko z daleka widać napis Moz-Am-Bik Restaurant.  Pojechałem tam specjalnie znęcony jedną rzeczą, a oto i ona:

No chyba widać co to jest?  Jeśli jeszcze nie wiecie to musicie doczytać do końca.

Po takiej przystawce znęcił mnie kurczak. Mimo, że baby to wiadomo było, że całego nie dam rady.  Ale przecież nie muszę się następnego dnia męczyć w stołówce MTN.  Zabiorę połówkę ze sobą i będzie świetny lunch.  Więc i tak zrobiłem.  Zasadniczo kurczak to nie jest moje ulubione danie.  Ale ten pieczony "na aniołka" zaledwie 20 minut zachował całą soczystość mając jednocześnie pysznie przypieczoną skórkę.  Podany z sosem Zambeziana - mleczko kokosowe, bardzo gęste, z dodatkiem cytryny i chili.  Ostre, słodkawe, dobre, bardzo dobre.  I na następny dzień na zimno również.  Upaćkałem się nieziemsko obgryzając kości, ku uciesze bawiących się wkoło gromadek dzieci (RPA miała wczoraj wolne i wszędzie mnóstwo ludzi, dobrze, że mogłem zrobić sobie dwugodzinną przerwę).

Na plus trzeba im też zapisać, że jako dodatek można dostać warzywa z grila. Chrupkie, jak trzeba. Poziom wyrzutów sumienia spada.

Odpowiadając na pytania co to za danie - proste - kalmary z kiełbasą w sosie z białego wina ze słodką cebulą i kolendrą.  Jak przydatna była bułka do wessania całego sosu.  Uzależniające.

 A już pojutrze wakacje - nurkowanie w Mozambiku :)  Więc oczywiście kuchnia jaka - portugalska!


czwartek, 21 marca 2013

Czy może być dobry stek za 15zł?

Niespodziewany lunch w Turn'n'Tender Illovo - marzec 2013

Trzeba przyznać, że wykazałem się gapiostwem. Przyjechałem na spotkanie na Rivonia Road na 13:30, a tu się okazało, że na tę godzinę było dwa miesiące temu, teraz jest na 15:15.  Co oznacza, że mam ponad godzinę na lunch.

Jak przez mgłę pamiętałem chińską restaurację w Illovo.  Wsiadam w Sparxa i jadę, oczywiście mijam miejsce do którego jechałem i jeszcze miga mi rezerwa.  Nawet nie zauważyłem kiedy maluch spalił całe paliwo.  Zawracam po małym obtrąbieniu i widzę stację, tuż przy galerii do której się wybierałem. Uff.

Wchodzę do galerii, na pierwsze piętro, rozglądam się - i nie poznaję.  A tu w powietrzu taki zapach grilowanego mięsa.  Mmmm... Ale gdzie jest Lili's Garden - na planie jest, a tu? Salon piękności.  Raczej lunchu tu nie zjem. Więc idę za zapachem.  Patrzę i przecieram oczy.  Na słupach Turn'n'Tender plakat - Oferta Miesiąca, na lunch 200g Sirloin Stek za R39.  To dlatego taki tłum się kłębi, ale dostaję stolik.

Wiadomo, zamawiam specjalość, wysmażenie - rare, bo boję się że będzie za bardzo.  I soczek pomidorowy, bo co?  Frytki już w cenie.  Czekam tylko chwilę, na żeliwym gorącym talerzu przynoszą skwierczący stek, o jak ładnie się prezentuje:
Oczywiście jest rare, czasem zapominam, że w RPA naprawdę pilnują zrobienia steka, popracować szczęką trzeba, ale bez przesady.  Mięso smaczne, bez żadnych dziwnych kwaśnych posmaków spotykanych w naszej tańszej wołowinie.  Frytki też takie jak trzeba, z zewnątrz chrupkie w środku gorące i miękkie. Całe danie za R39, przy obecnym kursie randa to niecałe 15zł!  Solidna porcja. Nie dziwię się że z okolicznych biurowców ściągają tłumy.  Obsługa zwija się jak w ukropie. Całość, z błądzeniem i tankowaniem, zajęła mi ledwie godzinę i już spowrotem byłem u klienta.

środa, 20 marca 2013

1920 przygód z kuchnią portugalska

1920, restauracja portugalska, Johannesburg - 19 marzec 2013

C. wziął mnie trochę z zaskoczenia - Jeśli chcesz pogadać to spotkajmy się na kolację
- Gdzie?
- W 1920 w Randburgu

Cholera wie co to jest 1920, znalazłem na Eat Out - restauracja portugalska, na rogu Main i Oxford w Randburgu.  Chwilę potrwało zanim znalazłem właściwą Main, bo oczywiście jest i Main Street i Main Road, no i ta właściwa Main Avenue, która przecina się z Oxford w Randburgu - Ferndale, jednej z północnych dzielnic Johannesburga.

Jadę, raczej dość zaniedbana galeria handlowa, wokół parkingu małe restauracyjki, jakieś sieciówki, sushi bar, a tutaj w przy zjeździe drzwi z wyblakłym plakatem z napisem 1920.  Wchodzę - pustawo a na wszystkich stolikach znaczek "zarezerwowane".  Mojej rezerwacji na nazwisko C. nie mogą znaleźć, w końcu pojawia się niski, łysy Portugalczyk - Jesteś znajomym C.? To któryś z tych dwóch stolików - wskazuje na dwa nieduże stoliki dwuosobowe.  Wybieram ten przy ścianie z wpisami klientów - będzie co czytać czekając na C.  Cholera, same zachwyty. Ciekawe czy te negatywne zamalowali?

Przeglądam menu, specjalności na tablicy i no stałe menu.  I czuję jak staję się kosmicznie głodny, moje ulubione małżyki amêijoas, sardynki, flaki po portugalsku, przepiórka, ogon wołowy no i oczywiście krewetki, krewetki, na różne sposoby i w różnych rozmiarach.  I jak ktoś lubi kurczak peri peri.  Pojawia się C. - Czy wiesz jak trudno było tu dostać miejsce?  Dzwoniłem kilka razy - i zawsze to samo "fully booked".  Dopiero okazało się, że moje i właściciela dzieci znają się - i tylko dlatego mamy ten stolik.

Niestety ja jestem o wodzie, niedawno postanowiłem, że jak prowadzę to żadnego alkoholu, choć żałuję patrząc na ciekawy i nie za drogi wybór win, albo taka sangria której pękaty dzban przynoszą dla sąsiedniego stolika.  W międzyczasie, czyli w ostatnie 15 minut zapełniło się, taka godzina 18:30.   


Ustalamy przystawki, dwie na spółkę - oczywiście muszą być amêijoas, a jako drugie może sardynki, a może jakieś mięso na sposób z Madery?
- Wiesz, sporo Portgalczyków w RPA pochodzi z Madery, przynajmniej w tym rejonie.

No ja ja jeszcze niegdy nie próbowałem nic z Madery, więc właściciel poleca wieprzowinę w sosie winno-czosnkowym.  No i zamawiamy główne - C. duszony ogon wołowy, a ja mam ochotę na przepiórkę, niestety nie przyleciała.  Więc może makaron z krewetkami, akurat dziś jest jako specjalność dnia z czosnkiem, pomidorami i chili.  Brzmi zwyczajnie, ale właściel zachęca.

Wjeżdżają małżyki:

Inne niż jadłem na Costa Vincentina, z dodatkiem pomidorów i bardziej kremowym sosem.  Biorę jednego.  Pyszny.  To najlepsze słowo na oddanie tego połączenia sosu rybno-winno-pomidorowo-czosnkowego z  zaostrzającą kolendrą i leciutko gumkowatym, morskim w smaku małżykiem.  Staramy się z C. być kulturalni i podzielić się nimi w miarę po równo.  Kawałki wieprzowiny w sosie też są OK, ale to nie moja bajka.  Małżyki, jeszcze małżyka. Łyżką wygrzebuję resztki sosu z miski i maczam w nich kawałek portugalskiego chleba, dobrze, że została mi odrobina, talerz czyściutki. Mógłbym zjeść miskę samego tego sosu.

Podają drugie.  C. zanurza widelec w misce z ciemnobrązową, prawie czarną duszonką (młode ziemniaczki podane oddzielnie) i widzę jak na twarzy rozlewa mu się błogi uśmiech - It's fantastic.
Próbuję - ma rację - pełnia smaku wołowiny w rozpadjących się mieciutkich włóknach ogona.  To w winno-korzennym sosie, rewelacja.  Ale jak się okazuje mój makaron też nie od macochy.  Krewetek dużo, obrane ale nie przegotowane, ciągle sprężyste i aromatyczne.  Sos do spaghetti.  Tak, tego brakowało mi ostatnimi dniami.  Tej intensywności smaków, pomidorowej słodyczy, leciutkiej pikantości chili, aromatu czosnku.  Nawet nie zauważam kiedy mój talerz jest już pusty - nie dlatego, że porcja mała, ale dlatego że taka świetna.

W międzyczasie wkoło nas zwalniają się stoliki, tylko po to by się natychmiast zapełnić.  Druga zmiana na jedzenie, wszyscy z zadowolonymi wyrazami twarzy.  Jak widać komentarze na ścianie w pełni uczciwe.

- Czy mogę zaproponować deser?  pyta kelner
Ja już niestety wcześniej zauważyłem na tablicy creme caramel.  To jedyny deser na który mam drugi żołądek.  Nie mogę sobie odmówić.  C. zamawia chocolate mousse.  No i dla mnie espresso.

Nagle dzwoni jedgo telefon.  Odbiera - yeah, what?? yeah.  Widzę jak blednie.  Odwraca się w bok, ale po chwili, odwraca się do mnie, to ogromne napięcie zelżało.

- Mój syn, ten to ma sposób przekazywania wiadomości "Tato spalił mi się samochód"  Już widziałem go z poparzeniami w szpitalu.  Na szczęście nie spalił się, tylko poszedł czarny dym spod klapy, więc zjechał na pobocze i sholowali go do domu.
- Nic mu nie jest?
- Nie nic.
- Chwała bogu

Deser minął więc w napięciu, choć creme caramel był bez zarzutu, a sos do niego leciutko smakujący brandy, nawet espresso było odpowiedniej wielkości. Ale nie można się dziwić, że C. spieszył się do domu.  Ustaliliśmy jeszcze plan działania, rachunek - i tu kolejny miły akcent.  Już z napiwkiem po 270R na osobę.  Za takie jedzenie.  Nie dziwię się, że mają pełno.  Jeszcze na koniec do właściciela.  - Faktycznie macie duży ruch
- Duży? Dzisiaj jest spokój.
- A co w piątki gorzej?
- Tak naprawdę to i środa i czwartek.  Wszystko porezerwowane na dwie tury a na zewnątrz czeka 15-20 osób by wcisnąć się w jakąś przerwę
- Jasne, dziękujemy, było super.

Szkoda tylko, że trzeba tam jechać samochodem i muszę odmówić sobie wina, ale może znajdzie się ktoś kto mnie tu przywiezie, bo następny raz musi być.


poniedziałek, 18 marca 2013

China Town w Johannesburgu

China Town, Derrick Avenue, Johannesburg - marzec 2013

Ostatnio zjechałem na TripAdvisor Gwefey Redefined Asian Cusine - taką niby fusion w Sandton.  W związku z tym należy odpowiedzieć na pytanie - gdzie w Johannesburgu można zjeść dobre chińskie jedzenie?  Jeśli chodzi o Fusion to oczywiście polecam Koi- opisane przeze mnie 14 marca, ale kuchnia chińska?

Odpowiedź jest prosta - Chinatown.  Chinatown w Johannesburgu to zupełnie coś innego niż w Londynie, San Francisco czy Nowym Jorku. To jedna ulica, niedawno zaanektowana przez Chińczyków z kontynentu (mainland China a nie Hong Kong), wygląd  czasem wesoły

czasem mało zachęcający (tu raczej ekstremalny po całym weekendzie):

Położona zupełnie z boku przy przelotówce R24 i niedaleko od autostrady N3.  22 kilometry z Sandton, wieczorem 15-20 minut jazdy.

Na Chinatown serwują naprawdę świetne żarcie.  I kropka.  O sobotnich Dim Sum napiszę kolejnym razem, a teraz  poświęćmy parę słów innym potrawom.  Moją ulubioną "dziuplą" jest Chinese Northen Foods typowe chińskie miejsce - ze słabym angielskim (choć menu jest) ale świetną kuchnią - zresztą to zdanie podzielają moi znajomi z Johannesburga.

Zacząć należy od pierożków z wieprzowiną i kolendrą - porcja 10 lub 20 sztuk - to nie dim sumy, ciasto jak na nasze pierogi, ale farsz rześki w smaku, mięsny, idealne również do odgrzania na dzień następny, lub nawet na zimno.  Moim ulubionym daniem są kalmary z nerkami - to właśnie ich zdjęcie mamy na facebooku (http://www.facebook.com/pages/Z-widelcem-po-%C5%9Bwiecie/217221205089250 - zachęcam do polubienia ;)) suma smaków niesamowita, spreżyste mięsa a tak różne, i chrupkie kawałki papryki.  Próbowałem tam wielu dań, m.in. zupy z kaczej krwi
gdzie w piekielnie ostrym wywarze z makaronem i tofu pływają brązowe "galaretki" ze ściętej kaczej krwi.  Tak naprawdę bardziej przeżycie niż rozkosz kulinarna :).  Ostatnio zaś wziąłem inne z moich ulubionych dań hot pot z bakłażana - kawałki bakłażana w słokim sosie z odrobiną czosnku (bakłażan w czosnku jest też super).

A do tego żołądki wieprzowe z porami.  Ciekawy smak, konsystencją przypominające żołądki kurze.  Razem niezła, choć niesamowicie sycąca kombinacja.

Mogę tam też polecić sałatkę w stylu północnochińskim (z wieprzowiną "bezpieczne danie" sos typowo chiński, kwaskowaty), tofu hot pot - ostre, kalmary na chrupko, warzywa są idealne.  Flaki z czosnkiem też dobre.

Poza tym w położonej po przeciwnej stronie nieco bliżej początku ulicy restauracji kantońskiej (Hong Kong) kupowałem na wynos bardzo zacną kaczkę po kantońsku (pieczoną w sojowo-słodkim sosie), dobre danie za niską cenę. Inne mięsa też wyglądały apetycznie.

Ogólnie ceny na Chinatown bardzo konkurencyjne.  Za dwa dania płace ok 90-100R, czyli poniżej 40zł. Herbata za darmo. Muszę wybrać się w tym tygodniu ponownie.

I dla stałych czytelników - od kolejnego wpisu zmieniam nieco styl, zobaczymy czy Wam sie spodoba.


piątek, 15 marca 2013

Pożądny południowoafrykański stek

Stek w Butcher Shop and Grill, Nelson Mandela Square - 14 marzec 2013

Po co lecieć do RPA.  Powodów oczywiście jest wiele.  Kraj niezwykle piękny - góry, dwa oceany, winnice, niesamowite twory skalne, zwierzęta.  Niektórzy też po prostu muszą ;) Ale też niezłym powodem odwiedzenia RPA jest jakość jedzenia.

Steki są w Johannesburgu znakomite, byłem w kilku steak house i właściwie wszystkie mogę polecić (poza Meat & Co ale czego spodziewać się po placówce w galerii Monte Casino).  Butcher Shop and Grill (http://www.thebutchershop.co.za/) to chyba najbardziej turystyczny z nich, ale nawet tutaj można zjeść świetne mięso.  A ogromny ruch świadczy o jakości - jest to wielka restauracja i z pewnością znacznie lepszą atmosferę znajdziemy w Chaplin's Grill niedaleko przy William Nicol (http://www.chaplinsgrill.co.za/ - chyba mój ulubiony, tylko bez taksówki nie dostaniesz się) czy Local Grill w Parktown (http://www.localgrill.co.za/ - też znakomite mięso i fajna okolica).

Specjalnością Butcher Shop jest Sirloin on the Bone czyli pożądny kawałek New York Strip na kości, z niedociętym tłuszczem.

Co - nie lubimy tłuszczu? - czyli tak naprawdę nie lubimy steków, bo właśnie przypieczenie drobin tłuszczu na grillu daje ten niezwykły smak. Chudą wołowinę należy jeść na surowo jako tatara.

Ale wracając do naszego steka.  Jak widać jest rozmiarów solidnych - ja zamawiam medium rare (rare to raczej dla filet - czyli polędwicy, albo dziczyzny) do tego udaje mi się namówić obsługę na zastąpienie cebuli w sałacie z rukoli pomidorami, a frytki dochodzą jako standard (zresztą też bardzo dobre, chrupka skórka i miękkie w środku).  Jaki powinien być stek - po pierwsze dobry stek nie będzie super miękki (poza polędwicą), jeśli jest to znaczy, że użyto zmiękczacza do mięs.  Więc ten stawia lekki opór pod zębami, ale oczywiście się nie żuje.  Kawałki tłuszczu są chrupkie i słodkawe.  Mięso wyraźne w smaku, krwisto-soczyste.  Najlepsze oczywiście przy kości i nie ma co się zgrywać na kulturę - bieżemy kość w rękę i obgryzamy do czysta.  Cóż za smak i aromat mięsno-grilowy!

W Butcher Shop mają niezły wybór wina (np. znakomity Rijks Shiraz) raczej dość drogi, ale jako że byłem sam  musiałem się zadowolić winem na kieliszki.  Na szczeście taki wariant jest przewidziany i mamy do wyboru 6-7 różnych czerwonych win, często 4 gwiazdkowych według Plattera (przewodnik po winach południowoafrykańskich) w standardowej cenie 51R.  Ja, niestety przez pomyłkę kelnera, piłem Shiraza Guardian Peak (miał być blend oparty na Cabernet Sauvignon) ale i to w porównaniu z tym, czym nas poją w kraju, jest poprawne.  Do steka zreszą pasuje, gdy dość tłuste mięso jest popijane odrobinę ostrzejszym winem.

Stek nie jest tanim daniem i jeśli ktoś oferuje tanie steki to będą kiepskie. Prosta ekonomia - kilogram pożądnej wołowiny 8E, dojrzewanie -30% wagi, koszty dojrzewania, obróbki (to już ponad 12E) + co najmniej 100-150%  narzutu restauracji (inaczej się nie utrzyma) - więc nie dziwmy się, że taka ponad półkilogramowa porcja to 155R - po dzisiejszym kursie niecałe 60zł.

Pomimo że mamy u nas Butchery & Wine (okropnie nadęta jak na steak house) to tego miesa brakuje mi w Warszawie.

czwartek, 14 marca 2013

Mój ulubiony tuńczyk

Tuńczyk w Koi, Johannesburg (Sandton) - marzec, 2013

Jak jeszcze kiedyś jeździłem do Cape Town (Kapsztad jak niektórzy wolą) moją ulubioną restauracja była Wakame nad nabrzeżnym bulwarem, gdzie serwowano świetnego tuńczyka w sezamie (seared sesame tuna) z widokiem na Atlantyk, co było szczególnie przyjemne w czasie zachodu słońca.

Oczywiście w Johannesburgu Atlantyku nie ma, za to znalazłem miejsce z doskonałym tuńczykiem.  To miejsce to Koi http://www.koirest.co.za/ restauracja fusion w Sandton, czyli bankowej dzielnicy Johannesburga.  Niedaleko Nelson Mandela Square w rejonie gdzie od każdego hotelu można dojść na piechotę, co w Johannesburgu też jest niemałą zaletą.

Już po samych fakcie, że Koi jest codzienne pełne można wnioskować o jakości.  Jeśli wybieracie się większą grupą, lub w piątek - lepiej zarezerwować.  Samemu zawsze znajdzie się miejsce przy sushi barze.

Koi serwuje spory wybór dań azjatyckich i każdy może dopasować coś do swojego gustu. Na przystawki maja m.in. dim sum (pierożki na parze w cieście ryżowym) - z których szczególnie polecam te z krewetkami i grzybami shitake za 40R. Ciekawe sajgonki - np. z krewetkami i serem, lub krewetkami i awokado.

Moją ulubioną przystawką są kalmary smażone lekko posmarowane słodkim sosem hoi sin, do tego zawsze proszę dużo kolendry (standardowo dają marne dwie gałązki).  Te kalmary dla mniej głodnej osoby razem z porcją mieszanej sałaty, przyprawionej wytrawnie na sposób azjatycki, mogą stanowić pełen posiłek - w sumie za 120R.

Kolega próbował wczoraj zupy tom yum z krewetkami i był bardzo zadowolony (podobno lepsza niż w pobliskiej Wang Thai).  Można też wziąć sałatki, które są praktycznie samodzielnym posiłkiem - np. świetna tajska z wołowiną, lub z tuńczykiem i azjatyckimi warzywami.

Ale naprawdę gwoździem programu jest tuńczyk.  Jak widać:
Solidny plaster tuńczyka obtoczony w czarnym i białym sezamie i na chwilę wrzucony na gril.  I tu muszę podkreślić - na chwilę, zamawiamy seared.  Nie na darmo danie nazywa się "seared tuna" by brać go medium, czy co gorsza well done.  Tuńczyk jest tylko apetycznie zgrilowany z zewnątrz i chłodny, wspaniale soczysty, w środku.  Taki efekt można osiągnąć tylko ze świeżego tuńczyka i to Koi nam gwarantuje. 

Ja biorę wariant z zielonymi warzywami (na zdjęciu z bok choi, czasem jest to azjatycki szpinak) wiórkami słodkiego patata.  Sos jest delikatny, sojowo-czosnkowy.  Całość pozostawia niezapomniane wrażenie - mięso tuńczyka, przysmażony sezam, słodka frytka i sprężyste warzywa.  138R za rozkosz podniebienia.

W karcie mają i drugi wariant na grilowanych mieszanych warzywach, polany sosem z wasabi, ale ja nie lubię mięsa zalanego sosem.  Wydaje się zbyt ciężkie.

Oczywiście takie danie nie byłoby kompletne bez wina.  Jesteśmy w końcu w RPA - kraju wina.  Będąc spragniony białego i korzystając, że nie jestem sam zamówiliśmy butelkę mojego ulubionego sauvignon blanc Springfield.
(w rzeczywistości naklejka jest bardziej zielona).  Jest to mocno wytrawne agrestowo-mineralne sauvignon blanc, jako że lubię wyraźne smaki, jedno z moich ulubionych z RPA.  Zadziwiające, że gorący region Robertson stworzył takie klasyczne sauvignon.  Jeśli się jest samemu, lub woli się łagodniejszy, bardziej owocowy sauvignion to można wziąć Thelema, którą podają też na kieliszki.

Miejsce naprawdę godne polecenia.