czwartek, 6 czerwca 2013

Czas późnolunchowy

Nippon-Kan - Warszawa, 06 czerwca 13

Dziś w czasie późnolunchowym (cóż za piękne nowe słowo!) byłem w centrum i postanowiłem nadrobić braki w conveyor sushi - chyba jedynym w Warszawie.

Jak łatwo zobaczyć nie było źle
5 talerzyków i dzbaneczek herbaty.  Szkoda, że podwyższyli ceny bo wyszło 40zł. Ale nie mówmy o pieniądzach, wszak jesteśmy dżentelmenami, tylko o jedzeniu.

Na tych czterech talerzykach było - nigiri z łososiem i rybą maślaną, nigiri z tuńczykiem i rybą maślaną, zawijany rolek z łososiem, awokado i ogórkiem, rolek z krewetką tempura i gwóźdź programu czyli miska trawy morskiej. W sumie idealna kompozycja na lekki lunch. I co najważniejsze smak naprawdę dobry, rybka świeża, krewetka ostrawa, ryż nie za słodki i nie za mocno octowy. Taka przekąska, ale aż kusi by samemu robić w domu.


wtorek, 4 czerwca 2013

Szwedzkie eksperymenty

Smörgåstårteriet - Dalagatan 42, Stockholm, 31 maja

Czasem mam niezaprzeczalną ochotę na kulinarny eksperyment i właśnie taka żądza przygód przywiodła mnie do Smörgåstårteriet.  To chyba stosunkowo nowy lokal na Vasastan.  Więc jak już oddaliśmy się lenistwu w Hagaparken

i zrobiliśmy się głodni zaciąnąłem Agę na Dalagatan.  Z tego miejsca pamiętam Wasahof, gdzie byłem z 10 lat temu, ale chyba mnie nie zachwycił.  Smörgåstårteriet wita nas zajętymi dsignerskimi stolikami na zewnątrz, przy których sączą wino i grzeją się w wieczornym słońcu garniturowcy.  W środku raczej pustawo. Zajmujemy trzeci stolik.

Menu nieco skomplikowane - do wyboru ok 10 potraw - można wybierać je pojedynczo (po 125SEK), jako zestaw czterech (za 400SEK) lub sześciu (za 550SEK).  Potrawy mają kojarzyć się z różnymi regionami Szwecji i jest jedna "wizytująca" z Niemiec.  Ja biorę cztery, sądząc że będą mikre - a żeby się najeść należy wziąć szóstkę.  Aga chce mało i bieże tylko dwie, potem trochę żałuje.

Z wyborem wina mamy lepszą zabawę.  Najpierw próbujemy zamówić Pinot Noir z Monterey, ale jak na Amerykański Pinot raczej cienkawy.  Alternatywy okazują się jeszcze gorszymi kwasiorami - zupełnie niepijalny Blaufrankisch i jakiś wynalazek z Włoch.  I już mamy z ciężkim sercem wrócić do Pinot kiedy pani przynosi czwarte wino do spróbowania - i to jest bardzo przyzwoity Hiszpan.  Fajnie kiedy są tak pozytywnie nastawieni do klienta.

Przynoszą pierwsze maleństwa - makrela z dodatkiem ogórka i jabłka, reprezentujący Bohuslan.  Wyciągamy mikroskopy i zjadamy.  Smak solonej makreli z tymi dodatkami jest super, znika w mgnieniu oka.  Do tego jest super chleb z masłem czosnkowo-rzeżuchowym, ale też w mikrej ilości.
Potem ja dostaję niemieckiego szparaga z łososiem i kremem ze szparagów
muszę przyznać, że ten podmarynowany szparag, to chyba najlepszy jaki jadłem w życiu

Potem wjeżdżają główne - Agi gotowany na parze kawałeczek dorsza w wywarze z pianką i zielonym szparagiem z Gotlandii a mój zestaw kiełbaski z kurczaka z truflą, smardzami, boczkiem i smażonym kalafiorem z Uppland
Potem już tylko rożki wypełnione foie gras z maleńkim akcentem lukrecji, takoż z Uppland. Super deser jak dla mnie.

W sumie wrażenia kulinarne ciekawe, choć chyba starzeję się i potrzebuję czegoś solidniejszego na ząb.

Jeszcze wieczorem, jak już zapadał zmrok (czyli po 23:00) wpadliśmy do włoskiego baru Il Tempo na Sodermalm i uraczyliśmy się wyborem win na szklanki zagryzając włoskimi wędlinami.  I nie wiem czy nie było fajniej ;)



poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wspaniałe dni ryb

Sztokholm - 30 maja - 2 czerwca

Sztokholm kojarzy mi się z rybami. Pewnie dlatego, że mają dwa morza, ale tak naprawdę nie wiem dalczego ;) jakość i wybór ryb w Sztokholmie jest znakomita.  Więc nic dziwnego, że spędzając majówkę w Sztokholmie jadłem głównie ryby.

Zacząłem oczywiście od wizyty w Saluhallen (czyli hali targowej) na Ostermalmtorg [http://www.saluhallen.com/] najcudowniejszej wędrówce kulinarnej na najmniejszej powierzchni. Samo miejsce jest magiczne - jak te piękne targi na świecie Saluhallen w Helsinkach, La Boqueria w Barcelonie - zabytkowy budynek w pięknej okolicy.  Najbardziej jednak liczy się zawartość.

Byliśmy głodni więc od razu udaliśmy się do Lisa Elmqvist [http://www.lisaelmqvist.se/] - szacownej restauracji rybnej i sklepu w jednym.
 
I chyba to był rybne ukoronowanie: ja wziąłem gotowanego na parze morszczuka (kummel po szwedzku, więc coś w naszym kraju poniżej dorsza) w sosie z  masła, krewetek i gotowanego jajka z gotowanymi młodymi ziemniakami. Cudownie delikatne danie!

Prawdziwa kulinarna rozkosz.  Do tego kieliszek pysznego, mineralno-wytrawnego ale i agrestowego, klasycznego Sauvignon Blanc z Marlborough.

Aga miała śmieszne danie - wędzonego łososia z leśnymi grzybami w śmietanie.  Zadziwiające połączenie - mocny smak grzybów dobrze kontrastował z wędzonym na zimno łososiem. Ripasso della Valpolicella dobrze grało z tym połączeniem.

Potem tylko kupiliśmy kawał halibuta na kolację do Magnusa, wybór serów (ach jak dawno nie jadłem Brillat-Savarin!) i z żalem patrzyłem na dojrzewającą w szafach wołowinę

czy kawałki renifera.

Po wyjęciu z torby halibuta powąchałem go i cóż za wrażenie - pachnie morzem.  Tak pachnie tylko świeżutka ryba! Dopiero teraz zrozumiałem co mieli na myśli pisząc, że świeża ryba nie pachnie rybą ;) Halibut był zawijany w boczek i robiony na grilu.  Imponująca porcja.

Muszę przyznać, że chyba robiony w ten sam sposób dwa dni później diabeł morski (szw. marulk) ale smażony na patelni był lepszy. Wystarczyło przysmażyć boczek, przykryć na chwilę i już był gotów.  Może ponieważ przygotowany krócej bardziej mi smakował.

Jak wspomniałem na Face z diabła morskiego przygotowałem też policzki - lekko podsmażone, a następnie przyryte pieczarkami kasztanowymi podduszonymi z czosnkiem i sosem sojowym. Wyszły niezłe, choć lepiej byłoby je podsmażyć wpierw na maśle nie oliwie i tylko krótko podgrzać z grzybami.

Ale te trzy przypadki to jeszcze nie koniec ryb.  Ostatniego dnia udało nam się na krótko wypożyczyć rowery na Strand i pojechać na Djurgarden.  Pogoda była cudowna, widoki też a bzy pachniały jak szalone.  Potem spieszyliśmy się na samolot ale zahaczyliśmy o Prinsen [http://restaurangprinsen.eu/]  mieliśmy tylko 45 minut ale nie mogłem odmówić sobie pójścia do tej starej ale niezmiennie niezawodnej knajpy.  Kuchnia tradycyjna, ale w wydaniu luksusowym.  Jedna z moich ulubionych w Sztokholmie.

Ja wziąłem danie dnia - flądrę z smażonym maśle z kaparami i burakami do tego młode ziemniaki.  Kwintesencja kuchni domowej! Flądra ma słodkawe, soczyste mięso świetnie kontrastowane z kaparami i zakwaszonymi buraczkami.  Normalnie nie cierpię buraków, ale takie w kawałkach były rewelacyjne.

Wygląda tu dziwnie bo obcięli płetwy, ale takie podanie upraszcza oddzielenie ości.

Aga miała sałatę warzywną z krewetkami w sosie cajun.  Też bardzo dobre, ale moja flądra była lepsza :)


Jedliśmy też bajgle z wędzonym łososiem i ciągle mam ochotę na więcej ryb :)




niedziela, 2 czerwca 2013

Zwyczajem starszych ludzi...

Wyjazd do Dubaju i Johannesburga - maj 2013

Agata Christie w "24 kosach" (24 Blackbirds) włożyła w usta kelnerki mądre stwierdzenie "Men are creature of habits.  If you see older gentlemen he doesn't like surprises with food and chooses option he knows" (albo coś w tym stylu, bo cytuję z pamięci ;)). Teraz i ja czuję się w tej kategorii, a przynajmniej odpowiada jej moje zachowanie w ostatniej podróży.

Ale jest w tym ziarno (nawet dość duże) prawdy, po co ryzykować, gdy można zjeść to co się naprawdę lubi.

Więc poszedłem utartym szlakiem.  Może zacznę od sentencji:
pod którą mogę podpisać się oburącz.  I podpisałem się oddając się dwukrotnie znakomitym południowoafrykańskim stekom.

Najpierw w Local Grill w Parktown North (http://www.localgrill.co.za/) a następnie w Butcher Shop (http://www.thebutchershop.co.za/). Żeby było śmieszniej to nawet mięso wybrałem podobne - sirloin on the bone - bo z kością smakuje lepiej, ale ich smak był zdecydowanie różny.  W Local Grill jest to bardzo zwarty kawałek mięsa z cienką warstewką tłuszczu (już się bałem, że go obkroili) a w Butcher to rozległy stek z długim żebrem, mocno poprzerastany przygrilowanym tłuszczem.  Muszę przyznać, że smakuje mi bardziej.  Choć Local Grill ma lepszą atmosferę, super wybór przystawek (ach ten zestaw kiełbasek - do dzielenia na co najmniej 4 osoby), ciekawszy wybór win, nawet jeśli Laborie Pinotage nie byłem zachwycony, bo za lekkie do steka to Warwick Three Cape Ladies był oczywiście bezbłędny.  Ale i w Butchers ich jeden z domowych blendów z Guardian Peak to było dobre wino w cenie 49R za kieliszek.  Co kto lubi...

A i w tym samym temacie będąc w Dubaju ponownie odwiedziłem Kisaku i tym razem raczej zawód.  Sushi jest świetne, ale dorsza w miso podali jakieś marne kawałki, a już ich zielona sałata to żenada utopiona w majonezie i podsiąknięta wodą - fuj. 

Tak więc z tej podróży dużo nowości nie dostarczę.  Ale czekajcie na korespondencję ze Sztokholmu.



niedziela, 12 maja 2013

W poszukiwaniu perfekcyjnej kuchni angielskiej

Londyn i okolice - maj 2013

Jak pewnie wspomniałem, uważam, że dobra kuchnia angielska jest znakomita.  Trudno na nią trafić, ale jak już się ma to szczęście to wynik jest niezapomniany.  Pod tym względem podobnie jest z kuchnią polską - normalnie tłuste nudy, ale można mieć świetne przeżycie.

Więc będąc w Londynie nie omieszkałem udać się na poszukiwania.

Zacząłem od St John's - tym razem wyróżnionej Bib Gourmand w Michelin ich filii Bread and Wine na Spitalfields (https://www.stjohngroup.uk.com/spitalfields/) St John z ich filozofią "nose to tail eating", czyli podawania potraw z niespotykach fragmentów zwierzaków, jest jedną z moich ulubionych knajp, a ta nieco tańsza wersja też się sprawdza.  Przez zamknięcie metra dotarłem dość późno - bo o 20:45 a o 21:00 ostatnie zamówienie.  Zdążyłem wybrać Black Pudding with Duck Egg czyli niedokładnie kaszankę z sadzonym jajkiem kaczym oraz pieczonego gołębia.  Ponieważ na gołębia trzeba było poczekać więc jeszcze wziąłem oliwki jako przegryzkę.  Czerwone wino z Langwedocji - cięższe - na kieliszki.

Przystawka wyglądała uroczo:
I smak nie ustępował wyglądowi - angielski black pudding nie ma nic wspólnego ze śmierdzącą kaszą kichą i można trafić w nim fajne kawałki wątróbki czy głowizny.  A jako do tego miało taki "śniadaniowy" wyraz.  Choć brakowało czegoś zielonego, dobrze że miałem oliwki.

Za to gołąb był daniem kompletnym:
Pieczony gołąb z kawałkami podkiszonego i ugotowanego buraka, podany na sałacie z rukwią i dobrym sosem winno-pieczeniowym.  Kwintesencja dobrej kuchni, nie podejrzewałem Anglików o takie wykorzystanie buraka i muszę przyznać, że jego słodko-kwaśny smak był znakomitym dodatkiem do dziczyzny gołębia.  Tylko ostrzegam - gołąb podany mocno różowy w środku.  Całość (z kawą i dwoma kieliszkami wina) za 45 funtów - nie mało, ale na Londyn nieźle.  Polecam i sam chętnie wrócę.

Jeszcze wracając zobaczyłem to miejsce:
Fajnie byłoby tu trafić w ciągu dnia.  Pomyśleć sobie - węgoże w galarecie, mogą być naprawdę super, szczególnie z ulicznej budki.
Kolejnego dnia mieliśmy zespołowy obiad w Bull Inn w Sonning (http://www.bullinnsonning.co.uk/) piękny budynek w Sonning - jednej z najcudowniejszych angielskich wiosek.  Jak słusznie zauważył mój kolega to może być najlepszy nocleg w Reading - 20 minut spaceru nad Tamizą do biura.  Jadłospis jest imponujący, wybór piw też niezły, ja trafiłem świetne Brewers Bragg Fullersa - piwo sezonowe, lżejsze, świetnie gaszące pragnienie i nie pozostawiające niesmaku w ustach. Cydr Aspalls - więc pijalny.  Już czujecie - no tak - wykonanie dań z jadłospisu nie dorastało do ich opisu.  Mój steak and kidney pie był przeciętny.  Nie, nie zły, ale po prostu przeciętny.  Jak widziałem większość kolegów też nie zostawiła pustych talerzy, widać jedzenie pozostawia sporo do życzenia.

No więc gdzie trafiłem najlepiej.  Tylko spójrzcie:
Jakież cudo! Dwa płaty soli, położone na okręgu miażdżonych młodych ziemniaków, zielone szparagi, oliwa ziołowa i doskonale miękkie jajko w koszulce.  To jedno z lepszych dań jakie kiedykolwiek jadłem.

A na deser taki crumble:
owocowy, leciutko polany custard.  Przypatrzcie się bliżej. Właśnie - widzicie tacę i zwykłą serwetkę.  Witamy w 510, naszej kantynie w Reading - jak im się chce to najlepsze jedzenie w Anglii.  W dodatku ten luksusowy zestaw za 6 funciaków.  Aż chce się przychodzić do biura.


sobota, 11 maja 2013

Powrót do przeszłości


Red Pepper na Maida Vale – Londyn, 08 kwietnia 2013-05-11

Są takie lata w życiu, o których potem mówimy „o to były dobre czasy, wtedy byłem szczęśliwy”.  Nie zawsze widzimy to na bieżąco, czasem bieżące miałkie problemy przesłaniają nam to co naprawdę przeżywamy.  Każdy z nas ma takie momenty, ja gdy sięgam pamięcią to widzę szalony rok 1987, pełne nadziei i zmian przełomy 1992/93, a potem 1999/2000, po prostu szczęśliwe 1996 czy 2012.  Czasem są to lata związane z konkretnym miejscem – i to miejsce ma dla nas szczególną wagę.

Gdy wchodzę na Maida Vale od strony raczej obleśnych okolic Paddington, widzę piękne wille Little Venice nad Grand Union Canal i pamiętam gdy znalazłem się tu w 1999r.  Wtedy odkryłem tę okolicę jako idealne miejsce do zamieszkania.

Idę wysadzanymi platanami znajomymi ulicami – Warwick Avenue, skręcam w Clifton Gardens a potem już prosto na Shirland Road. To tu, pod numerem 71. Pamiętam jak na tym oknie kwitły piękne a obok rósł nasz okrągły bukszpan. O tu jeszcze stał sąsiadów wielki krzak rozmarynu. 

Okno wygląda tak samo, lekko wypaczone, chyba mieszkanie znowu sprzedano... Zawracam, zatrzymuję się w pubie na szklankę pysznego cydru z Somerset – Orchard Pig (http://www.orchardpig.co.uk)/index.php, taki jak powinien być cydr, półwytrawny, orzeźwiający i po prostu smakowity.  Potem skręcam wzdłuż imponujących Mansions przy Biddulph Avanue
I zaraz będę z powrotem na  Formosa Street.  Red Pepper (http://theredpepper.net/) jest tu, nie wiem – pewnie ponad 20 lat, już gdy się sprowadziliśmy był miejscem znanym, lubianym i pełnym.  I dobrze widzieć, że mimo iż minęło kolejne ponad 10 lat nic się nie zmieniło.  Wkoło powstały nowe knajpki – na tym maleńkim odcinku Formosa jest ich 5, ale Red Pepper ciągle trwa na miejscu.
Wnętrze ciasne, jestem wcześnie więc udaje się dostać stolik, ale jak siedzę to systematycznie się zapełnia. Nie zmieniła się też struktura menu (samo menu zmienia się co kilka tygodni) – przystawki, sezonowe makarony, pizze i desery chyba ciągle te same no i wypisane na tablicy dania dnia, zwykle rissotto, makaron i 3-4 dania główne.
Na sieci widziałem ragout z dzika, ale w realu jest z cielęciny z cebulą, więc nie biorę.  Z karty wybieram cappellacci nadziewane szpinakiem z ricotta w maśle szałwiowym z orzeszkami pini, choć kusiły mnie i vognole.  Jako, że i tak najbardziej lubię tu primi piatti (porcje makaronu nie są duże i na obiad trzeba dwie) biorę z menu dnia rissotto – z przegrzebkami (scallops, bo te uwielbiam).
Ktoś się zapyta co takiego niezwykłego jest w pierożkach ze szpinakiem.  No cóż – są po prostu pyszne. Ciasto jajeczne, szpinak liściasty tylko odrobinę związany ricottą, a sos – czysta poezja, masło z szałwią i do każdej porcji na widelcu można dołożyć zaostrzający smak podprażony orzeszek pini.  Do tego białe włoskie wino.

Do risotto biorę kieliszek rieslinga, wydaje mi się odpowiedniejszy do potencjalnie słodkiego smaku przegrzebków. Nigdy nie wierzyłem, że różowa część przegrzebka (tzw. coral) może być smaczna, ale jak się okazuje w naprawdę świeżym, błyskawicznie zgrillowanym przegrzebku jest naprawdę pyszny.  A samo centrum przegrzebka jeszcze lepsze.
Te dwa dania w sumie wystarczają, jeszcze tylko prawdziwe espresso na koniec.  Tanio tu nie jest, gdzie te czasy kiedy makaron kosztował 8-9 funtów? Teraz to już 13, więc z winem i napiwkiem zbiera się 50 funtów.  Na pewno warto.  Drepczę na stację Maida Vale, już wieczór – może następnym razem podejdę na Maida Hill?!

poniedziałek, 6 maja 2013

Yes ser

Kupowanie sera - Londyn 06 maja 2013

Angielskie sery, może poza cheddarem są szerszej publiczności nieznane, a o tyle to dziwne, że w niewielu krajach regionalne sery obdarzane są taką miłością.  Ja polubiłem te wynalazki jeszcze mieszkając na Wyspach, ale takie uczucie łatwo nie przemija.  Dlatego z każdej podróży przywoże pyszności, które zresztą potem muszę głównie sam zjadać.

Jeśli mam się wykosztować to adresy są oczywiste - Borough Market - świątynia wyboru serów z różnych zakątków Królestwa, Neals Yard Diary, zagubiona serownia wśród sklepów z butami na Soho, no i luksusowa Paxton & Whitfiled na Jermyn Street, tym razem wśród markowych koszul i krawatów.

Zacząłem od Jermyn Street - bo zapach zwabił mnie do środka.  Oprócz miękkich francuzów i Stinky Bishop, rozgościły się tu twarde sery.
Cheddary, Linconshire, czy miększe Gloustershire i Caerphilly. Ponieważ Aga nie przepada za cheddarem dałem się skusić na Kirkham Lancashire - pełny smak, ale bez cheddarowej słodyczy.  No i odmianę mojego ukochanego Cheshire - tym razem w dojrzałym, lekko pomarańczowym wydaniu Appleby.

W ogóle Cheshire to mój ukochany ser, który tylko ja jadam. Zwykle kupuję go po prostu w supermarkecie - biały, mokry, kruszący się o lekko cytrusowo- kwaśnym posmaku. Nie wiem czemu ale jestem przekonany, że to właśnie Cheshire jedli hobbici z jabłkiem na swoich wyprawach.  Naprawdę go uwielbiam.

Caerphilly z Walii wziąłem w Neals Yard, gdzie zresztą spróbowałem kilku pysznych, orzechowych cheddarów. Tam też wziąłem błekitnopleśniowy Dorset Blue, a i tych pleśniaków w Anglii nie brakuje
- Stilton, złocisty Shropshire, czy inne. Ostatnio odkryłem jak rewelacyjnie smakuje taki pleśniak na bułce pomazanej mango chutney. Śniadanie i deser w jednym ;)

Tyle innych cudownych serów musiałem pominąć!  Te w stylu dojrzewających pleśniowych, kozie, z mleka  owczego czy nawet bawolego. Łza się w oku kręci za taką różnorodnością.

A z Francuzów się śmieją...