piątek, 19 lutego 2016

Brunei - cz 3 Księga dżungli

Księga braku dżungli

Od razu uprzedzę - opisów prawdziwej dżungli nie będzie, bo nie pojechaliśmy. Mówiąc szczerze nieco obawialiśmy się jechać z małą, a jak pomyślałem, że jadąc sam spędzę 6 godzin w podróży by pobyć 4 godziny w lesie, to mi przeszło.

Nie poszliśmy również na spacer do Tasek Lama Recreational Park. Podobno najłatwiejszy kontakt z cywilizowaną dżunglą. Za to odpuściłem sobie (nie wiem czy słusznie) Bhukit Shahbandar National Forest, ekspaci określili go jako "miejsce do pobiegania, ot takie ścieżki przez las" - nie brzmiało fascynująco. No wszędzie dotrzeć się nie da.

Popełniliśmy wielki błąd nie wynajmując samochodu - wynajem nie jest drogi, a benzyna po 0.56B$ (tak po złoty pięćdziesiąt!) za litr. Brunejczycy jeżdżą bardzo spokojnie, aż czasem w stylu kierowców z Ciechanowa. Problemów z prowadzeniem nie ma. A nie mając własnego transportu byliśmy uwięzieni na jednym miejscu. Taksówki są drogie i ich nie ma. Zaś Muara okazała się być 30km od BSB i Tasek Lama. Więc po przeprowadzeniu się do centrum nurkowego (w Muara) tylko raz przyjechaliśmy do miasta.

No i to była jedyna wyprawa by zobaczyć jak wygląda las. A gdzie? I tu nam radą posłużył miejscowy ekspat - pojedźcie do Muzeum Morskiego i tam w koło są poprowadzone ścieżki przez dżunglę. Dzięki Peter! to była super rada.

Muzeum Morskie przy Jalan Kota Batu jest faktycznie ładnie położone nad brzegiem rzeki Brunei:

a obok mogliśmy pochodzić po lesie - używając wózka (!).

Polecam tropikalne liście
 
Wspięliśmy się też na schody (trzeba było przerzucić małą do chusty) i dotarliśmy do mauzoleum Sułtana Bolkiah - władcy z 16 wieku za czasów potęgi Brunei.
Miejsce ciche, spokojne, własnie przekwitały magnolie:
Był to również nasz pierwszy kontakt z lasem namorzynowym - wszystko w półtorej godziny by zdążyć przed zmrokiem

A z kulinariów

Gdzie? Oceanic Dive Center
Co? Kurczak oraz ryba słodko-kwaśna
Za ile? Wliczone w cenę noclegów (B$100 za dwójkę z 3 posiłkami)
Jak? co najmniej 7/10 - dobre domowe jedzenie


W gruncie rzeczy jestem nieprzyzwyczajony do miejsc w wyżywieniem, bo pozbawia mnie to możliwości wyboru, ale w Muara to chyba była najlepsza opcja (choć nawet i tam były lokalne jadłodajnie). Jakość definitywnie zaskoczyła.

Moim ulubionym daniem stał się kurczak :) w sosie curry - nie za bardzo przeduszony, ostry, oj, jeszcze mi ślinka cieknie, podawany w kilku kombinacjach z dodatkami, tu wersja z ryżem smażonym:
Innym zaskakującym daniem była ryba w sosie słodko-kwaśnym. Ten rodzaj dania zwykle omijam dużym łukiem, bo sos słodko-kwaśny to zmora turystyczna. Tu jednak był prawdziwy (to chyba trzeci raz w moim życiu jadłem prawdziwy taki sos, ostatnio w luksusowej wietnamskiej restauracji w Nicei).
Sekretem sosu słodko-kwaśnego jest połączenie kwasu pomidorów, słodyczy sosu sojowego z dodatkami, świeżo podsmażonej cebuli i papryczki chili. Tu w wersji o smaku rybnym, doskonałe, muszę spróbować w domu (w sumie zimowe pomidory będą w sam raz):

A czego nie zjadłem?

Nie trafiłem na Night Market w Gadong, jednak jechać 30km i płacić 40B$ po to by zjeść szaszłyczki za kilka dolarów to stwierdziłem, że przesada... W związku z tym nie spróbowałem narodowej potrawy Brunei - mamałygi z palmy sago, ponoć kompletnie bez smaku ;)

czwartek, 18 lutego 2016

Brunei - cz. 2

Nadwodne spotkania - czyli co czyha w lasach namorzynowych

Nie miałem w Brunei za wiele czasu, więc główne pytanie brzmi - co trzeba koniecznie zobaczyć? Lista jest prosta:
  1. Dżunglę - o tym jeszcze napiszę
  2. Lasy namorzynowe i wioski na wodzie - o tym teraz
  3. Świat podwodny - to niestety zależy od pogody. Luty to nienajlepszy sezon na nurkowanie. Podobno dwa tygodnie wcześniej była piękna widoczność i spokojne morze, ale nas przywitał wiatr, bełt i widoczość 5-8m. Aga nurkowała jeden dzień (wrak cementowca + rafa) i chyba była szczęśliwa mogąc zejść pod wodę po półtora roku przerwy. I tyle radości, więcej się nie udało.
Więc wróćmy do świata nadwodnego. Po pierwsze wioska na wodzie. Tu na szczęście byliśmy w pełni samodzielni. W zaroślach obok drogi za naszym hotelem zaczynała się kładka wiodąca prawie do celu - postarałem się oznaczyć lokalizację. Ot taka drewniana kładka, którą ruszyliśmy już po 16:00 by nie było tak gorąco:
Jak widać droga powiodła nas obok wypasionego meczetu - akurat trwała popołudniowa modlitwa więc nie zbliżaliśmy się. W pamięci ciągle miałem woń skarpet po modlitwie z błękitengo meczetu w Istambule - rzecze nie do zapomnienia.
Nie da się ukryć, że brunejska wersja Świątyni Opatrzności robi wrażenie.
Obok główny mall Brunei, ładna architektura - ominęliśmy szerokim łukiem:
Do Kampong Ayer dostać się można łódką i skorzystałem z rady lokalnej - przejazd na drugą stronę za B$1 od osoby. Widziałem, że ludzie potrafią wyrzucić z pięć dych na obwózkę po wiosce i pokazanie lasów namorzynowych. Nie wiem dokąd jadą w ciągu tych 40min, ale oglądanie lasu ma sens rano, gdy wychodzą małpy i zabiera ze dwie godziny.

W każdym razie my prujemy na drugą stronę za dwa dolce.


Trzeba przyznać, że rozmiar, uporządkowanie i zupełnie normalne życie w wiosce robią wrażenie. Ulice oznaczone, nie brakuje i meczetu, sklepików, nawet czegoś w stylu fastfood kawiarenki 

dzieciaki chodzą do szkoły (na zdjęciu strój tradycyjno-religijny) i jak to dzieciaki kąpią się w wodzie (z krokodylami) i charatają w gałę ;) - nas też chcieli wciągnąć

Wioska ciągnie się długo (podobno 8 km!) i ma kilka części - wszystkie widać dopiero z wody. W ramach programu rządowego w latach prosperity powstały trzy nowe wioski - artykuł o tym http://bruneiresources.blogspot.com/2007/01/kampung-sungai-bunga.html

Trzeba przyznać, że parking pełen nowych samochodów naprzeciwko Sungai Bunga robi wrażenie.

Kampong Ayer żegnamy widokiem meczetu, w porannej mgle, w części nawodnej po drugiej stronie:

Całość wycieczki zajmuje z półtorej godziny (z postojem w sklepie i "kawiarni") i byłoby to pewnie jedno z fajniejszych miejsc, gdyby nie lokalny wstyd - w tak bogatym kraju jak Brunei nikt nie zbiera zalegających w wodzie plastików. Zalew jest straszliwy. Dopiero tam poczułem jak zasypują nas śmieci:

 Przypomniało mi to wypełnione śmieciami strumyki w chińskich górach. Do Azji trzeba jechać teraz - za 5-10 lat będzie się brodziło w śmieciach. Zresztą i w Afryce stosy torebek foliowych to główna dekoracja w wioskach Masajów.

Tyle doświadczeń kulturowych.

Tym niemniej być w Brunei i nie zobaczyć nosacza (proboscis monkey)? Te śmieszne małpy o obrzydliwych pyskach mieszkają tylko na Borneo.

Ponieważ zaraz potem przeprowadziliśmy się do Muara była to już poważniejsza wyprawa. Pobudka o 5, karmienie małej, oficjane wstawanie o 5:30, herbata i jedziemy na nabrzeże do miasta - 30km z powrotem. 6:30 wypływa łódź. Małej podoba się bardzo, a w deszczu jeszcze więcej radości:
Zaczynamy od słonowodnych krokodyli. Przy brzegu widać bąble? - krokodyl czai się pod wodą. A pływać potrafi szybko. Daleko by je zobaczyć płynąć nie trzeba, ot 5 minut od miasta wylegują się przy brzegu:
Patrzymy na nieruchawe cielsko, gdy plusk po lewej i mocny ruch wody skłania nas do dalszej drogi, na wszelki wypadek małą odsuwamy od burty.

Wpływamy w boczną odnogę Brunei River - natychmiast czujemy opływający nas spokój. Zamyka się wokół nas zieleń, nad lasem unoszą się poranne mgły, przepływamy wolno obok porzuconej kaplicy - tu dżungla wygrywa z cywilizacją:
Drzewa wyciągają korzenie - prawdziwy las namorzynowy, drzewa jak grzyby na kurzych nóżkach:

I w końcu wiemy czemu płyniemy cicho - wśród drzew pojawiają się kształy małp. Stajemy. Można by bez końca patrzeć na ich skoki, czochranie się, włażenie małych na rodziców. Jednak ruch je płoszy - znikają:

Dopiero wypatrzenie starego samca pozwala dostrzec nam słynne nosy:





Łódka kołysze się, mała zaczyna się wiercić i znowu pojawia się deszcz - szybko przechodzący w tropikalną ulewę, musimy się zbierać, za chwilę i tak spływamy wodą, tylko Igę udało nam się uchronić, a aparat i telefon zawinięte bezpiecznie w przygotowaną torebkę foliową (bez szczelnej torebki foliowej lepiej się nie ruszać).

Wracamy do nabrzeża o 8:30, a już o 9:00 wcinamy w bazie nurkowej śniadaniowy makaron smażony ze słodkawym sosem. Pycha.

Będąc jeszcze w BSB (ot taki znak straży pożarnej by nauczyć się nazwy miasta)

warto wspomnieć o naszym głównym punkcie odżywczym, czyli

Jadłodajnia po sąsiedzku - MyTown

Gdzie? Zaraz obok hotelu Badi'ah na Jalan Tutong My Town na TripAdvisor
Co? Najlepsze chyba Chicken Kway Teow, z chrupiącymi skórkami kurczaka. Aga żywiła się  chicken puffs na śniadania
Za ile? Za B$20 na dwójkę - trzy dania, napoje
Jak? Zaskakujące - ale dam im 8/10

Z MyTown jest o tyle ciekawie, że będąc tam po raz pierwszy po prostu przeszedłem i wyszedłem, kwalifikując miejsce jako "zbyt zachodni fastfood", wróciliśmy tam w upalny wieczór pragnąc miejsca klimatyzowanego i byliśmy w sumie w ciągu 4 dni 3 razy ;) czasem pierwsze wrażenie myli.

No czyż taki cywilizowany szyld nie zniechęci poszukiwacza prawdziwego jedzenia?

Ale właśnie wspomniane już chicken kway teow i obok bardzo dobra ice tea z liczi:
Chrupiące skórki kurczaka, kreweteczki, świeże zioła, słodko-ostry sos. Genialne. Jedliśmy dwa razy.

Aga rozpoczęła od Singapore Noodles (tu jako Temasek Noodles) żółty makaron z owocami morza i suchym sosem ze smażonym jajkiem. Bardzo dobre, ci co się znają twierdzą, że lepsze niż w Singu:

Do tego mogę polecić kailan na ostro, najlepsze z ich warzyw (lepsze niż kiełki z suszoną rybą, czyli danie raczej pod hasłem spotkania z lokalną kulturą kulinarną)




Próbowałem również chrupkiego kway teow (czyli po prostu makaronu ryżowego szerokie wstążki - taki ich papardelle) z owocami morza w delikatnym sosie:
Danie wpierw zachwycające subtelnym smakiem i rozmaitością tekstury, ale pod koniec nieco nudne - musiałem dodać sambalu, może jako europejczyk jestem przyzwyczajony do nadmiaru soli?




Ogólnie MyTown to miejsce na spokojny posiłek (jak wspomniałem Aga chodziła tam i na śniadania, kawę jednak biorąc w Gloria Jeans w sąsiednim mallu - za bandyckie B$6!) i bardzo szeroki wybór dobrze zrobionej kuchni lokalnej.

Chyba oprócz jedzenia w centrum nurkowym to największe zaskoczenie.





środa, 17 lutego 2016

Serial podróżny - Brunei cz.1

Pozwalam sobie, korzystając z chwili czasu, umieścić recenzje nie czysto kulinarne, ale  podróżniczo-kulinarne
Z miejsc gdzie nie koniecznie od razu wiadomo co zobaczyć i co zjeść. Które nawet będąc popularne potrafią nas zaskoczyć.
Więc będzie: Sułtanat Brunei (a właściwie tylko Bandar Seri Begawan), Singapur - nieco w bok od najpopularniejszych szlaków, i trio rosyjskie: inna Moskwa, Jarosław i Kostroma. Do dzieła i do czytania :)

Brunei - nie taki diabeł straszny
Brunei ma opinię zdecydowanie gorszą od rzeczywistości i od razu warto rozproszyć mity.
Co słyszymy: kraj żyjący z ropy naftowej i przemysłu naftowego, muzułmański, wprowadzają szariat, drogo.
Co sobie wyobrażamy: piach i postindustrialne konstrukcje, w tym szklane wieżowce a'la Dubaj, kobiety zakutane w czerń i pozbawione praw, i straż religijną patrolującą ulicę by wykryć nielegalne imprezy.
Jak jest naprawdę:
1. Zieleń - Brunei to w 70% rezerwaty dżungli, jedno z bardziej zielonych i czystych miejsc, tylko spójrzcie jak wygląda z powietrza ich największe miasto.
Zieleń w Brunei jest cudowna, świeża i powszechna. To naprawdę ogromny plus.

2. Przepych - no nie da się ukryć, że pałace sułtańskie i meczety robią wrażenie - i wyglądają na wyrzucanie pieniędzy w błoto. Ot taka budowla, na miarę Lichenia:
Ale bądźmy szczerzy jak ropa była po $120 ludziom potrafi obić.  Niektórym potrafi i bez tego, Świątyni Opatrzności ten meczet rozmiarem nie dorównuje.
A z drugiej strony - drogi jak u nas za unijne pieniądze tylko bez korków, samochody raczej małe, zadbane i bez zbędnego luksusu, rząd buduje domy dla miejscowych i dba o szkolnictwo (tak, z nauką religii - jak w skądinąd znanym nam kraju).
Dla przykładu - wioska na wodzie w wydaniu rządowym - miejscowi nie chcieli przenosić się na ląd:
Szklanych wieżowców nie ma. Budynki estetyczne i w lokalnym stylu. Dominują domki jednopiętrowe.

3. Zasady religijne - nie żyłem tam, więc nie wiem jak jest na codzień. Kobiety -większa część chodzi z zakrytymi włosami (kolorowe chusty, każda inna), ale żadnych czarnych strojów do ziemi. Podobno jeśli pracuje się w urzędzie nakrycie włosów jest obowiązkowe.
A Chinki, europejki i te niewierzące chodzą bez chust, szorty ledwie zakrywające zgrabną pupę też były. Mi się podoba :)
Alkoholu nie sprzedają, a dla siebie mogą przywieźć tylko nie muzułmanie, do 2l i jeśli są za granicą powyżej 14 dni. Na krótką metę doskonale obywałem się bez - tak na prawdę jest gorąco i nie chce się pić. Tym niemniej ograniczania wolności nie lubię.
Za przemyt narkotyków kara śmierci - drastycznie, ale czemu nie, w Singapurze też tak jest. Oprócz więzienia chłosta rózgą, w Azji nie takie dziwne - wielu i u nas by się pod tym podpisało.
Nie czuje się bardzo ograniczeń - na pewno mniej niż w Dubaju.

4. Drogo? - no tak jak u nas nad Bałtykiem, ale nie jak w Zakopcu. A taniej niż w Singapurze. Czyli nocleg w niezłym hotelu B$100 - na nasze 280zł. Obiad w lokalnym miejscu B$10 na osobę, w szybkiej jadłodajni B$5 (za 15 zeta). Wiem, że w porównaniu z Malezją to drogo, ale da radę.
Za nocleg i 3 super posiłki w bazie nurkowej B$100 na dwójkę.
A w sklepach tanio, szczególnie markowe ciuchy - mnóstwo odrzutów eksportowych, dosłownie za nic (moje Levisy 505 za 40zł - bo dziurka od guzika nie przecięta i kieszenie z tyłu nieco za nisko)

Ogólnie bardzo fajne miejsce - tylko kolejne pytanie - co tam robić. I na to postaram się odpowiedzieć w kolejnych postach.

A na początek - wizyta w lokalnej jadłodajni:

Thien Thien Restaurant - Chicken Rice w wydaniu przepysznym
Gdzie? Zaraz obok hotelu Badi'ah na Jalan Tutong Thien Thien na TripAdvisor
Co? Oczywiście chicken rice z duszonym kurczakiem
Za ile? Za B$3 (8 zeta), jedna porcja to małowato
Jak? Dla mnie 8/10 Adze niezbyt smakowało

Jedzenie w wydaniu naprostszym (wnętrze też typowo proste) - ryż gotowany z wywarem i kokosem, do tego super soczysty i delikatny kurczak
Danie - poezja delikatnego smaku. Rozpływający się w ustach kurczak, pachnący ryż, po prostu pyszne.

Dodatkowo wziąłem laksę - czyli zupę na owocach morza, fish cake, ostra z mleczkiem kokosowym. W porządku, ale wywar mało intensywny. 


Jadłem też tam flaki wołowe - nie zrobiły wrażenia - taki rosół z flakami i pysznymi kawałkami poprzerastanej wołowiny (jak z policzka). To mięso było bardzo dobre  i nie wygotowane.

Ogólne - kurczak godny polecenia. Dobry początek pobytu w Brunei



sobota, 9 maja 2015

śniadanko w sam raz

Co? Kanapki (kawa też jest)
Gdzie? Piekarnia Buczek w Krakowie (np. Zwierzyniecka)
Jak? 7/10
Za ile? Kanapka 5.90 tyleż kawa. Drożdżówka z rabarbarem 2zł

Zjeść tanie i dobre śniadanie to sztuka. I w Buczku to możliwe.  Po pierwsze maszyna do kawy Elektra zapewnia przyzwoitą kawę. Moje cappuccino jak za 6zł -odpowiednie. Po drugie mają świetne świeże kanapki.
Mi zasmakowała ta z kiełbasą wiejską.  Chrupka bułka,  solidne plastry kiełbasy,  ogórek kiszony,  odrobina cebuli, chrzan - wszystko świeże i razem smakowite. Czego chcieć więcej?  
No ja zechciałem jeszcze odrobiny słodyczy i tu drożdżówka z kwaśnym rabarbarem była idealnym zakończeniem śniadania. 

Gruzini w Warszawie

Bistro i smacznie po kaukasku - Warszawa, kwiecień 2014



Aga planowała zrobić urodziny w rodzinnym gronie, woleliśmy w knajpie bo akurat byłem w rozjazdach. Poza tym można znależć restaurację dostępną dla niepełnosprawnych, a to znacznie ułatwia.

Gdzie?  Mokotowska 22, Warszawa
Co? Mimino
I jak? Bardzo smacznie
Co szczególnie? Iqibir, placek adżarski
Za ile? Koło setki na głowę za ucztę z alkoholem

Padło na kuchnię kaukaską, bo była szansa, że dla każdego coś dobrego i nie pomyliliśmy się.
W Mimino mają tylko jeden stolik dostępny dla niepełnosprawnych, ale zmieściliśmy się w szóstkę (toaleta niestety na dole więc niedostępna). Wnętrze jasne, na ścianach grafiko-fotosy z filmu z lat 70-tych, wabi grill i pachnie szaszłykami.

Zamawiamy przystawki - bakłażan z orzechami - bardzo dobra klasyka, pieczarki faszerowane - też orzechami i muszę przyznać, że na ciepło orzechy świetnie podkręcają ziemistość pieczarek i znakomite zimne przystawki kaukaskie - szynka wołowa, ser i zioła z lawaszem. O to ostatnie danie toczył się mały bój - kto pierwszy ten lepszy. Zawijas z mięsem i ziołami po prostu świetny, górska mięta wyciągała słono-suchy smak mięsa i ostrość sera.
 Wzięliśmy też rewelacyjny placek adżarski z serem i jajkiem. Niby ma być na główne, ale jako dzielona przystawka bezbłędny. Słony ser tworzy wytrawną masę łagodzoną jajkiem i do tego odrywasz kawałek placka i taki cudownie unużany i pachnący zjadasz. Super.

Na główne większość zamówiła szaszłyki baranie,
podane bardzo prosto na lawaszu z granatem i pietruszką (tu też przydałaby się mięta). Papryczki do przegryzania - dają, ostro-kwaszony kontrast.
Baranina jest idealna - miękka, różowa w środku (o taką prosiliśmy) i soczysta. Prawdziwe mięso, przysmażone na żarze. Myślałem, że nie da się tego przebić ale jedna osoba wzięła iqibir - czyli szaszłyk z lekkim tłuszczem - i to był prawdziwy rarytas. Nic dziwnego - te odrobiny tłuszczu zgrillowane, jakiż to daje aromat całej potrawie.

Moja pani zdecydowała się na pierożki chinkali - soczyste, dobrze przyprawione mięso. Takie jak trzeba (no może ja wolę gdy mają więcej kolendry).

Piliśmy bardzo dobre saperavi (koło 100zł), ciężkie - w sam raz do mięsa.
Wzięliśmy też na spróbowanie wino domowe - no nie jest to najlepsze wino, już wolałem gruzińskie piwo (mają kilka odmian, mniej i bardziej chmielowe), no i koniecznie borżomi - to oprócz zwykłej wody na dzbanki. Ja lubię mieszać ten słony i mineralny smak ze zwykłą wodą.

Desery są raczej pomijalne - miodownik jest OK, czekoladowe ciasto pomijalne. Jedyny zawód przeżyliśmy przy kawie - gdzie mieliśmy nadzieję dostać małą filiżaneczkę gęstego naparu kawy po ormiańsku (czyli po turecku, parzonej w tygielku) a dostaliśmy po pełnym kubku lurowatej cieczy. Dużo za dużo wody. Więc radzę na deser udać się raczej na lody lub do Słodkiego na ciastka.  Ale pozostałe dania na piątkę z plusem.


piątek, 8 maja 2015

Nigeryjskie przysmaki

Co? Mięso ze ślimaka, koźlina i plantan
Gdzie? Kilimanjaro, Victora Island, Lagos
Jak?  7/10
Za ile? 1500 Niara (ok $7) za danie

Wracałem głodny ze spotkania z klientem i pora lunchu się kończyła. Jako, że trasa do biura wiodła obok Kilimanjaro - takiego lokalnego fastfoodu, poprosiłem o zatrzymanie się. Wnętrze nie szokuje higieną, dania widać i pokazuje się palcem bo czasem nie wiadomo co to jest.

Ja na przykład myślałem, że zamawiam grzyby, w pierwszej chwili smakowało to jak nereczki, a na rachunku widniało jako ślimak. Było dobre.
Dość zwarta konsystencja, lekko gumkowata, o mocno mięsnym smaku. Do tego słodycz plantana, miękkiego, ale o chrupkiej skórce bardzo dobrze pasowała. Koźlina też była dobra, długo duszona, jakby lekko słodkawe mięso, poprzerastane przyjemnie rozpadającymi się chrząstkami.

Moim zdaniem dobra opcja na lunch.

Indian best friend w Lagos



Gdzie?  Adeola Adeku, Victoria Island, Lagos, Nigeria
Co? Spice Route
I jak? Bardzo przyzwoite
Co szczególnie? Mięsne przystawki np. kurczak tandoori
Za ile? Koło $120 na dwóch z butelką wina

Spice Route ma typowo nigeryjską lokalizację – na dole pizzeria Debonairs i burgerownia Steers, a na górze egzotyka – wielki budda wita nas w czymś pomiędzy restauracją a klubem. 


Menu składa się z części indyjskiej i chińskiej, ja zdecydowałem się na strategię „z każdego po jednym” a kolega pozostał przy kuchni hindusów.

Najpierw przynieśli śmiesznie zwinięte papadums z ajwarem, sos miętowy bardzo dobry.

Moje dim-sum były raczej niewielkie i mało klasyczne, ale bardzo sympatyczne pierożki z nadzieniem z krewetek i ryby. Ot taka przystawka, podana z fajnym sosem imbirowym do maczania.

Przystawka kolegi – tandoori chicken mogła z powodzeniem zastąpić główne danie i jeśli wrócę do Spice Route to z pewnością skorzystam z takiej możliwości. Soczysty kurczak z hinduskimi przyprawami. Widziałem też podobną opcję z jagnięciny.

Na główne obaj wzięliśmy baraninę. Obaj raczej ostrą i vindaloo kolegi okazało się mocno palące. Moje Bhuna Ghosht było sympatyczne, ale dość ciężkie. Jednak wzięcie zamiast głównego przystawki bez sosu to chyba lepszy pomysł. Naan jest bardzo dobry, nie mogłem się oprzeć zjedzeniu całego.

Wino – południowoafrykański pinotage z Nederburg – lekko za słodki jak na mój gust, ale do pikantnych dań OK. Wyniosło nas to $120. Typowa cena z Lagos. Ładne dziewczyny w obsłudze :) ot taki wieczór w delegacji...