niedziela, 12 maja 2013

W poszukiwaniu perfekcyjnej kuchni angielskiej

Londyn i okolice - maj 2013

Jak pewnie wspomniałem, uważam, że dobra kuchnia angielska jest znakomita.  Trudno na nią trafić, ale jak już się ma to szczęście to wynik jest niezapomniany.  Pod tym względem podobnie jest z kuchnią polską - normalnie tłuste nudy, ale można mieć świetne przeżycie.

Więc będąc w Londynie nie omieszkałem udać się na poszukiwania.

Zacząłem od St John's - tym razem wyróżnionej Bib Gourmand w Michelin ich filii Bread and Wine na Spitalfields (https://www.stjohngroup.uk.com/spitalfields/) St John z ich filozofią "nose to tail eating", czyli podawania potraw z niespotykach fragmentów zwierzaków, jest jedną z moich ulubionych knajp, a ta nieco tańsza wersja też się sprawdza.  Przez zamknięcie metra dotarłem dość późno - bo o 20:45 a o 21:00 ostatnie zamówienie.  Zdążyłem wybrać Black Pudding with Duck Egg czyli niedokładnie kaszankę z sadzonym jajkiem kaczym oraz pieczonego gołębia.  Ponieważ na gołębia trzeba było poczekać więc jeszcze wziąłem oliwki jako przegryzkę.  Czerwone wino z Langwedocji - cięższe - na kieliszki.

Przystawka wyglądała uroczo:
I smak nie ustępował wyglądowi - angielski black pudding nie ma nic wspólnego ze śmierdzącą kaszą kichą i można trafić w nim fajne kawałki wątróbki czy głowizny.  A jako do tego miało taki "śniadaniowy" wyraz.  Choć brakowało czegoś zielonego, dobrze że miałem oliwki.

Za to gołąb był daniem kompletnym:
Pieczony gołąb z kawałkami podkiszonego i ugotowanego buraka, podany na sałacie z rukwią i dobrym sosem winno-pieczeniowym.  Kwintesencja dobrej kuchni, nie podejrzewałem Anglików o takie wykorzystanie buraka i muszę przyznać, że jego słodko-kwaśny smak był znakomitym dodatkiem do dziczyzny gołębia.  Tylko ostrzegam - gołąb podany mocno różowy w środku.  Całość (z kawą i dwoma kieliszkami wina) za 45 funtów - nie mało, ale na Londyn nieźle.  Polecam i sam chętnie wrócę.

Jeszcze wracając zobaczyłem to miejsce:
Fajnie byłoby tu trafić w ciągu dnia.  Pomyśleć sobie - węgoże w galarecie, mogą być naprawdę super, szczególnie z ulicznej budki.
Kolejnego dnia mieliśmy zespołowy obiad w Bull Inn w Sonning (http://www.bullinnsonning.co.uk/) piękny budynek w Sonning - jednej z najcudowniejszych angielskich wiosek.  Jak słusznie zauważył mój kolega to może być najlepszy nocleg w Reading - 20 minut spaceru nad Tamizą do biura.  Jadłospis jest imponujący, wybór piw też niezły, ja trafiłem świetne Brewers Bragg Fullersa - piwo sezonowe, lżejsze, świetnie gaszące pragnienie i nie pozostawiające niesmaku w ustach. Cydr Aspalls - więc pijalny.  Już czujecie - no tak - wykonanie dań z jadłospisu nie dorastało do ich opisu.  Mój steak and kidney pie był przeciętny.  Nie, nie zły, ale po prostu przeciętny.  Jak widziałem większość kolegów też nie zostawiła pustych talerzy, widać jedzenie pozostawia sporo do życzenia.

No więc gdzie trafiłem najlepiej.  Tylko spójrzcie:
Jakież cudo! Dwa płaty soli, położone na okręgu miażdżonych młodych ziemniaków, zielone szparagi, oliwa ziołowa i doskonale miękkie jajko w koszulce.  To jedno z lepszych dań jakie kiedykolwiek jadłem.

A na deser taki crumble:
owocowy, leciutko polany custard.  Przypatrzcie się bliżej. Właśnie - widzicie tacę i zwykłą serwetkę.  Witamy w 510, naszej kantynie w Reading - jak im się chce to najlepsze jedzenie w Anglii.  W dodatku ten luksusowy zestaw za 6 funciaków.  Aż chce się przychodzić do biura.


sobota, 11 maja 2013

Powrót do przeszłości


Red Pepper na Maida Vale – Londyn, 08 kwietnia 2013-05-11

Są takie lata w życiu, o których potem mówimy „o to były dobre czasy, wtedy byłem szczęśliwy”.  Nie zawsze widzimy to na bieżąco, czasem bieżące miałkie problemy przesłaniają nam to co naprawdę przeżywamy.  Każdy z nas ma takie momenty, ja gdy sięgam pamięcią to widzę szalony rok 1987, pełne nadziei i zmian przełomy 1992/93, a potem 1999/2000, po prostu szczęśliwe 1996 czy 2012.  Czasem są to lata związane z konkretnym miejscem – i to miejsce ma dla nas szczególną wagę.

Gdy wchodzę na Maida Vale od strony raczej obleśnych okolic Paddington, widzę piękne wille Little Venice nad Grand Union Canal i pamiętam gdy znalazłem się tu w 1999r.  Wtedy odkryłem tę okolicę jako idealne miejsce do zamieszkania.

Idę wysadzanymi platanami znajomymi ulicami – Warwick Avenue, skręcam w Clifton Gardens a potem już prosto na Shirland Road. To tu, pod numerem 71. Pamiętam jak na tym oknie kwitły piękne a obok rósł nasz okrągły bukszpan. O tu jeszcze stał sąsiadów wielki krzak rozmarynu. 

Okno wygląda tak samo, lekko wypaczone, chyba mieszkanie znowu sprzedano... Zawracam, zatrzymuję się w pubie na szklankę pysznego cydru z Somerset – Orchard Pig (http://www.orchardpig.co.uk)/index.php, taki jak powinien być cydr, półwytrawny, orzeźwiający i po prostu smakowity.  Potem skręcam wzdłuż imponujących Mansions przy Biddulph Avanue
I zaraz będę z powrotem na  Formosa Street.  Red Pepper (http://theredpepper.net/) jest tu, nie wiem – pewnie ponad 20 lat, już gdy się sprowadziliśmy był miejscem znanym, lubianym i pełnym.  I dobrze widzieć, że mimo iż minęło kolejne ponad 10 lat nic się nie zmieniło.  Wkoło powstały nowe knajpki – na tym maleńkim odcinku Formosa jest ich 5, ale Red Pepper ciągle trwa na miejscu.
Wnętrze ciasne, jestem wcześnie więc udaje się dostać stolik, ale jak siedzę to systematycznie się zapełnia. Nie zmieniła się też struktura menu (samo menu zmienia się co kilka tygodni) – przystawki, sezonowe makarony, pizze i desery chyba ciągle te same no i wypisane na tablicy dania dnia, zwykle rissotto, makaron i 3-4 dania główne.
Na sieci widziałem ragout z dzika, ale w realu jest z cielęciny z cebulą, więc nie biorę.  Z karty wybieram cappellacci nadziewane szpinakiem z ricotta w maśle szałwiowym z orzeszkami pini, choć kusiły mnie i vognole.  Jako, że i tak najbardziej lubię tu primi piatti (porcje makaronu nie są duże i na obiad trzeba dwie) biorę z menu dnia rissotto – z przegrzebkami (scallops, bo te uwielbiam).
Ktoś się zapyta co takiego niezwykłego jest w pierożkach ze szpinakiem.  No cóż – są po prostu pyszne. Ciasto jajeczne, szpinak liściasty tylko odrobinę związany ricottą, a sos – czysta poezja, masło z szałwią i do każdej porcji na widelcu można dołożyć zaostrzający smak podprażony orzeszek pini.  Do tego białe włoskie wino.

Do risotto biorę kieliszek rieslinga, wydaje mi się odpowiedniejszy do potencjalnie słodkiego smaku przegrzebków. Nigdy nie wierzyłem, że różowa część przegrzebka (tzw. coral) może być smaczna, ale jak się okazuje w naprawdę świeżym, błyskawicznie zgrillowanym przegrzebku jest naprawdę pyszny.  A samo centrum przegrzebka jeszcze lepsze.
Te dwa dania w sumie wystarczają, jeszcze tylko prawdziwe espresso na koniec.  Tanio tu nie jest, gdzie te czasy kiedy makaron kosztował 8-9 funtów? Teraz to już 13, więc z winem i napiwkiem zbiera się 50 funtów.  Na pewno warto.  Drepczę na stację Maida Vale, już wieczór – może następnym razem podejdę na Maida Hill?!

poniedziałek, 6 maja 2013

Yes ser

Kupowanie sera - Londyn 06 maja 2013

Angielskie sery, może poza cheddarem są szerszej publiczności nieznane, a o tyle to dziwne, że w niewielu krajach regionalne sery obdarzane są taką miłością.  Ja polubiłem te wynalazki jeszcze mieszkając na Wyspach, ale takie uczucie łatwo nie przemija.  Dlatego z każdej podróży przywoże pyszności, które zresztą potem muszę głównie sam zjadać.

Jeśli mam się wykosztować to adresy są oczywiste - Borough Market - świątynia wyboru serów z różnych zakątków Królestwa, Neals Yard Diary, zagubiona serownia wśród sklepów z butami na Soho, no i luksusowa Paxton & Whitfiled na Jermyn Street, tym razem wśród markowych koszul i krawatów.

Zacząłem od Jermyn Street - bo zapach zwabił mnie do środka.  Oprócz miękkich francuzów i Stinky Bishop, rozgościły się tu twarde sery.
Cheddary, Linconshire, czy miększe Gloustershire i Caerphilly. Ponieważ Aga nie przepada za cheddarem dałem się skusić na Kirkham Lancashire - pełny smak, ale bez cheddarowej słodyczy.  No i odmianę mojego ukochanego Cheshire - tym razem w dojrzałym, lekko pomarańczowym wydaniu Appleby.

W ogóle Cheshire to mój ukochany ser, który tylko ja jadam. Zwykle kupuję go po prostu w supermarkecie - biały, mokry, kruszący się o lekko cytrusowo- kwaśnym posmaku. Nie wiem czemu ale jestem przekonany, że to właśnie Cheshire jedli hobbici z jabłkiem na swoich wyprawach.  Naprawdę go uwielbiam.

Caerphilly z Walii wziąłem w Neals Yard, gdzie zresztą spróbowałem kilku pysznych, orzechowych cheddarów. Tam też wziąłem błekitnopleśniowy Dorset Blue, a i tych pleśniaków w Anglii nie brakuje
- Stilton, złocisty Shropshire, czy inne. Ostatnio odkryłem jak rewelacyjnie smakuje taki pleśniak na bułce pomazanej mango chutney. Śniadanie i deser w jednym ;)

Tyle innych cudownych serów musiałem pominąć!  Te w stylu dojrzewających pleśniowych, kozie, z mleka  owczego czy nawet bawolego. Łza się w oku kręci za taką różnorodnością.

A z Francuzów się śmieją...


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wolę Gdynię

Lunch w Barracuda, Gdynia - 28 kwietnia 2013

Pomyśl sobie - spacerujesz bulwarem nadmorskim, obok wzgórza zachęcające do wędrówek (z zachowaną baterią artyleryjską obrony wybrzeża dalekiego zasięgu, można pokręcić sobie prawdziwą armatą), my przytupaliśmy tu z Sopotu, a zaraz zaczyna się plaża. Jak ktoś lubi to nawet Klub Morsów ;) - wczoraj pogoda była tylko dla morsów.

Deptakiem sunie tłumek, nie ma kawiarni, knajpek - i widzisz elegancki pawilon z restauracją, widok na port w Gdyni i słynny wieżowiec.
I od razu myślisz sobie - o tutaj dopiero będą zdzierali! Jak można się pomylić, bo już nie jesteśmy w Sopocie a w Gdyni.  I wystarczyło by ceny znormalniały a jakość wzrosła.

Barracuda, bo tak zowie się to miejsce, jest miejscem eleganckim, ale bez przesady, jednak to knajpa dla tych co wybrali się na spacer.  Z wewnątrz patrzymy się na bulwar, morze, port
sam widok wart sporo.  A jedzenie warte jeszcze więcej.

Prostym testem na restaurację w turystycznym miejscu jest wino domowe - czy nadaje się do picia i w jakiej cenie? I tu pierwszy miły akcent Barracudy - białe Sauvignon Blanc i Viognier z Langwedocji za 62zł za butelkę (9zł za lampkę) - wino wytrawne, ale dzięki Viognier z nutą owocowo-kwiatową.  Można pić same, świetne do ryb.  Woda też w ludzkiej cenie ;)

No i to, że podają czekadełko - super świeża (ciepła) bułeczka z pastą z makreli - takie proste, ale dla głodnego ratunek przy czekaniu na danie.

Dania zamówiliśmy nietypowe.  Aga - ser kozi smażony w cieście filo na chutneyu z pomidorów z rukolą.  Danie absolutnie świetne i mimo, że oferowane jako zakąska w wielkości wystarczającej na główne. Ser ciepły, mocno kozi doskonale kompunuje się ze słodko-kwaśnymi pomidorami, a do tego lekko gorzkawa rukola, niebo w gębie.  Już Aga dopytywała się czy potrafię taki zrobić.
A ja wziąłem pieczonego halibuta na ratatuj z pieczonymi ziemniakami i oddzielnie koktajlem z krewetek. Danie bardzo śmieszne, bo wszystkie składniki oddzielnie doskonałe, ale jako całość to nie do końca gra.  Tylko ziemniaki z krewetką świetne jako kombinacja :) Ale nie narzekam - jadłem "po kolei" i było bardzo smakowite.
Taki halibut - już prawie zapomniałem o tej rybie, a tak ją lubię.

W sumie zapłaciliśmy stówkę (w tym dwie kawy) ale warto, najedzeni ruszyliśmy w powrotną drogę.  Więc proszę państwa - wypnijmy się na zdzierczy Sopot i do Gdyni, do Gdyni!





niedziela, 28 kwietnia 2013

Czy dla 8zł warto robić klienta w ch...?

Monte i Vino - Sopot 27 kwietnia 2013

Jaka jest godziwa marża na wodzie?  Z pewnością taka, którą klient jest gotów zapłacić, ale czasem trzeba się zastanowić czy naprawdę warto ładować klienta w ch... dla 6 czy 8 złotych?  Jeśli ktoś sprzedaje w knajpie butelkę Cisowianki, ok Cisowianki Perlage, takiej luksusowej za 1,50zł z 500% marżą to ma gruby narzut.  Ale jeśli sprzedaje ją z 1000% marżą, czyli rząda za butelkę 700ml zwykłej polskiej wody 16zł, to jest po prostu naciągaczem.

I niezależnie jak dopracowane będą jego dania i niezłe wino, to w moich oczach pozostaje naciągaczem spod egipskich ruin.  Czy kupując wodę od takiego Araba w Egipcie czujemy się oszukani?  Tak - i tak samo czuję się jako były klient Monte i Wino.  Rozumiem, że w Sopocie uważa się, że Warszawka wszystko łyknie i ją stać.  Więc rżnimy jeleni jak można i na czym można.  Dorobimy się fortuny ze te dodatkowe 8zł (może nawet 6zł bo pewnie nawet 10zł za butelkę oburzenia by nie wywołało) - tak niecałe 3% rachunku.  Już możemy liczyć zera na koncie.

Po czymś takim mam ochotę namawiać do bojkotowania miejsca, której poza tym jest całkiem przyzwoite.  Ale wspieranie cwaniaczków uważam za niemoralne.

Chwali się winem i jak się lepiej na półkach pogrzebie to poniżej 100zł da się znaleźć niezłe. Portugalska Głowa Byka (Cabeca de Toiro) to solidne wino z Tejo, zbudowane na Tourgia Nacional, mocno taninowe, ale i z dużą dawką owoców.  Adze bardzo smakowało, dobrze komponowało się z serem i grzybami.  Przydało by mu się jeszcze poleżeć z rok lub dwa by taniny złagodniały, z drugiej strony nie wiem jaki czas życia ma to wino z 2008r. Ale 97zł to w miarę porządna cena - choć w Portugalii w knajpie 25Eur za takie wino by mnie oburzyło.  Jesteśmy jednak w Sopocie.

Tak z serem, bo na przystawkę Aga wzięła taką oto cykorię z gorgonzolą:
ja zaś carpaccio wołowe z truflą, do którego nie wiem po co dodano suszonych pomidorów.  Ich smak zdecydowanie kłócił się z truflą, ale wyjadłem je najpierw i problemu nie było.
Drugie, to ja wspomniałem papardele z borowikami oraz u mnie ogromna porcja risotto frutti di mare.  Bardzo dobre (choć znowu ten suszony pomidor mocno dominował), ale zwierzaków obficie, akuratnie zrobione.

Jeszcze na koniec kawa i po kieliszeczku świetnego LBV (Late Bottled Vintage) Porto.

Dotychczas było super, szczególnie, że w MiW siedzi się wygodnie, na fotelowych krzesłach, niespiesznie, nawet jeśli w koło ostry gwar (miejsce jest pełne).  No i pojawia się rachunek z taką bandycką Cisowanką i już nie czujesz się klientem, ale małym ch... z Warszawy, którego należy ogolić do zera i zarobić krocie na sprzedaży mu wody.  Pewnie warto...

sobota, 27 kwietnia 2013

Wieczorem w Sopocie

Była Oriental Thai Kitchen - Sopot, 26 kwietnia 2013

Może zacznę od wyjaśnienia - dlaczego była? Bo miejsce właśnie zmieniło nazwę, przerobiło kartę (o tym więcej) i chyba ogólnie przeszło pozytywne przeobrażenie.  Niestety nowej nazwy nie zapamiętałem (a na paragonie tylko nazwa spółki zarządzającej), zbyt wydumana, ale lokalizacja ta sama - na Monciaku pod 31, wychodzi na plac przykościelny.

No a skąd się wziąłem w Sopocie?  Tym razem to nie mój wyjazd służbowy ale Agi. Prowadzi szkolenie (trzymam kciuki ;)) więc wieczorem zjechaliśmy do Sopotu. Czyli tym razem jako osoba towarzysząca.

Jeszcze przed zachodem słońca, a właściwie falą mgły wpadliśmy na molo i zgodnie z najlepszą nadmorską tradycją uraczyliśmy się goframi.  Byliśmy tak spragnieni tego przysmaku z dzieciństwa, że wzięliśmy je w pierwszym miejscu gofrowy (chyba nazywa się to Bar Kropka).  Mój gofr z cukrem pudrem przywoływał wszystkie słoneczne wspomnienia z Jastrzębiej Góry, Kołobrzegu czy tegoż Sopotu, gdy dreptałem tu jako kilkulatek. Świeżutki, lekko chrupiący, słodki, acz nie za bardzo. A że zrobiło się nagle zimno, to i trochę kalorii się przydało.

Potem jeszcze pospacerowaliśmy, ale głód przypomniał o sobie - i gdzie tu pójść?  Ideę smażonej flądry szybko porzuciłem, jakoś nie wierzę w te nasze smażalnie. Pierwszy pomysł to Monte i Vino bo i jeść tam dają nieźle. Ale drepczemy dalej i widzimy tajską knajpę przed którą kręcą się azjaci.  To ogólnie dobry znak.  W dodatku Aga jest strasznie spięta przed wykładem i wina pić nie będzie, a tajska kuchnia świetnie sobie radzi bez alkoholu. Zresztą szczerze mówiąc zwabił mnie napis - zupa z makaronem ryżowym i pieczoną kaczką.

Pierwsi klienci wieczorem dostajemy dwie karty - mocno przechodzoną książeczkę i prostą ofoliowaną kartkę z mniej-więcej szesnastoma daniami.  Sekret wyjaśnia się szybko - nowy jadłospis. No i zaraz też sprawdzam czemu nowy - ceny zdecydowanie obniżone.  No nie dziwię się, poprzednie nawet jak na warszawskie warunki były wysokie, 45zł za makaron - no nie wiem kto byłby tyle skłonny płacić.

Więc zamawiamy, ja - zupę i sałatkę - do wyboru jest tylko z owocami morza, Aga takie inne Pad Thai - bo z makaronem sojowym.

Zupa jest niewatpliwie gwoździem programu, za 28zł duża micha słodko sojowego, intensywnego wywaru w którym obficie pływają plastry piersi kaczej - nie wysuszonej czy przegotowanej, ale jeszcze z lekko chrupką skórką.  Kiełki mają idealną teksturę i całość komponuje się w znakomite główne danie, szczególnie po dodaniu odrobiny chili.

Pad Thai dodania chili zdecydowanie wymaga, poza tym jest odpowiednio słodkie, orzechy trzeba wymieszać samemu, ale cztery krewetki słusznych rozmiarów.  Ja bym się samym tym nie najadł, więc moim zdaniem mikra porcja za 35zł, ale Adze wystarcza.
Tylko twierdzi, że wolałaby tradycyjne z makaronem ryżowym. No cóż siła przyzwyczajenia.

Sałatka jest typowa - tzn. pikantno-rybno-kwaśna:
Nie pożałowali do niej kalmarów, ale muszę zgłosić trzy zastrzeżenia:
1. Dlaczego u nas tak oszczędzają na kolendrze?  Taka sałatka powinna mieć jej mnóstwo, a tu w ogóle (w zupie znalazłem 3 małe listki).
2. Za to cebuli nie pożałowano, cała góra, takiej zupełnie surowej.  I przykro mi ale to nie jest po tajsku, tylko oszczędnie po polsku, powinna być chociaż lekko podmarynowana
3. 38zł za maleńką porcję to ostro, nawet jeśli owoce morza u nas drogie (uprzednio ta sałatka kosztowała 45zł co już było czystym zdzierstwem).  Może gdyby kolendra zastępowała nadmiar cebuli to przeszłoby to łatwiej przez gardło.  A tak pozostaje nie do końca fajne wrażenie.

Ale zupę polecam z czystym sumieniem.  Miejsce dopiero się organizuje, przy sąsiednim stoliku zamówienie wina okazało się niełatwe, bo nie mieli jeszcze karty win i wycenionych trunków, ale pan kelner okazał się bardzo pomocny i jednak dziewczę solidną lampkę wina dostało.  Nie wiem czy dobre, ale podane elegancko, nawet w leciutko ogrzanym kieliszku.  W sumie nieźle, nie wiem jak po tej odmianie ma się do innych orientalnych miejsc w Sopocie, ale życzę im powodzenia i dalszych ulepszeń karty.


piątek, 26 kwietnia 2013

Spacerkiem po Warszawie


Różne miejsca, Warszawa - kwiecień 2013

Jakoś ostatnio na szczęście nigdzie nie wyjeżdżam, więc póki co nowych postów z podróży nie ma. Będąc w Warszawie czasem zdaża mi się gdzieś trafić, co ciekawe z pozytywnymi wynikami.

Zacznijmy od pierwszego lunchu w Aioli, gdzie wpadłem z synem na hamburgera. Aioli
http://www.aioli-cantine.com/index.php odwiedzam dość chętnie. Bardzo lubię tamtejszą pizze - i zwykłą z szynką i rukolą i pizzę taleggio, świetny stosunek ceny do smaku ma hiszpańska kiełbaska w bułce czyli kanapka z chorizo, niezła jest jagnięcina w chlebku pita z harissą.  Ale tym razem u mnie był lamburger
a do tego bardzo fajny jabcok Lajk
który jednak mógłby być nie dosładzany sokiem jabłkowym, no i nie kosztować za małą flaszkę 12zł. Ale dobrze się pije i dużo go nie trzeba, nastrój nam potem bardzo poweselał.  Hamburgery w Aioli są niezłe, choć wołowe zbyt wysmażone.  Za to frytki dużo nie ustępują tym najlepszym warszawskim z Renesansu.


Potem był niedzielny postój w Ciao Tutti wracając na rowerach z giełdy minerałów.  Ta mała dziupla przy trasie oferuje bardzo dobrą pizze z szynką i rukolą:
- jedno z najsmaczniejszych ciast pizzy w Warszawie. Zwykle zostawiam brzegi, tutaj wykońzylem pizze do ostatniego okruszka.  Ani, mojej córce margarita smakowała trochę mniej - chyba jej nie odpowiadał sos - cóż nie zna się :) był akuratny.  Do tego woda i lemoniada włoska.  W sam raz by nabrać sił przed dalszą jazdą.

Ostatnio byłem dłużej w biurze i wyszedłem na lunch.  Jest na rogu Siedmiogrodzkiej i Przyokopowej taki obskurny chińczyk co zowie się Asian Lan Anh.  Może i obskurny, ale dla biurowców obok zbawienie w kulinarnej pustyni (choć pobliski Szynk Warszawski miał świetne obiady w dobrych cenach), no i jak chodzi za mną zupa to tam wpadam.  Oczywiście Pho, której jakość systematycznie się poprawia:
tym razem w wydaniu z kurczakiem i wołowiną. Kurczak suchy i pomijalny, ale wołowina świeżo smażona, a i bulion coraz bardziej esencjonalny.  Jeśli uwzględnić, że kosztowało mnie to jedyne 10zł, to świetna relacja ceny do jakości.

A czy mam wspomnieć o Kazimierzu?  Nie żadnej mój kolega ale Kazimierz Dolny nad Wisłą. Byłem tam niedawno i oczywiście w Zielonej Tawernie.  Mam tam swoich faworytów. Aga oczywiście zupę cebulową:
taką jak ona lubi najbardziej, częściowo przetartą ale z całymi pasmami cebuli, słodkawa i esencjonalna choć sera mogliby dawac więcej, i świetne placki ziemniaczane z łososiem. Ja zaeksperymentowałem z zupą gulaszową:
udany, sycący eksperyment z porządną wołowiną i grzankami czosnkowymi, dobrze komponujący się z litewskim kwasem Rycerskim (u nas niestety nie ma wytrawnego kwasu w stylu rosyjskim) no i moją też ulubioną kiełbaskę jagnięcą podawaną z żurawiną.  O cenach nie wspomnę - warszawskie - więc daleko od tematu nie odbiegłem.  Potem tylko żałowaliśmy, że nie spróbowaliśmy nowego miejsca i nie zjedliśmy w Kwadransie - menu wygląda bardzo apetycznie i ładnie pachniało jedzeniem, a wnętrze bardzo ciekawe. Może następnym razem...  Za to kupiliśmy kolejny cudowny pastel Marka Andały (http://www.youtube.com/watch?v=1LjRsXORX1w) i teraz nad komodą otwiera nam się droga w tajemniczym wąwozie, tuż obok jego stodoły wiszącej naprzeciw łóżka.