czwartek, 4 kwietnia 2013

Powrót do cywilacji, czyli z powrotem w RPA


Sodwana, Triton Diving Lodge – 02-03 kwiecień 2013

Nie pomyślałem, że powrót do RPA może okazać się taki przyjemny. Park narodowy w Sodwana obejmujący mokradła, wydmy i przybrzeżną rafę był naszym kolejnym celem.

Miło się jedzie szerokim asfaltem, choć ograniczenia we wsiach wymuszają śpiącymi policjantami. Dojeżdżamy do lokalnego centrum zakupowego.  Co tu się dzieje? Tłumy murzynów, kolejki, do bankomatów stoi po 30-40 osób, do sklepu nie daje się wejść. Dzień wypłaty. Rzucili sie na zakupy, każdy z pełnym koszem dobra, w sklepie „Import z Chin” tłok, rozchwytują ciuchy. Obok bazar ze stosami pomidorów i cebuli i rozmaitego śmiecia.

Smażone ryby i racuchy. Niestety racuchy smażone na tym samym tłuszczu co ryby, tak przynajmniej wynika z ich smaku, wyrzucam do śmieci. Nie udało się wziąć pieniędzy, zostawiamy rzeczy w Triton Lodge i jedziemy na nurkowanie.
W porównaniu z poprzednimi miejscami Triton Lodge wydaje się rajem. Zatopione w sosnowo-eukaliptusowo-bananowym lesie niewielkie czyściutkie domki. 
W środku estetycznie, zaprasza podwójne łóżko z solidną moskitierą. Wiatrak przyjemnie chłodzi. Oficjana restauracyjka z wygodnymi sofami gdzie można poleżeć i poczytać. Miejsce do samodzielnego gotowania w pełni wyposażone, tu wieczorem będziemy mieli grila.
Jedziemy do parku na nurkowanie. Upał. Na plaży pod dachem czeka przygotowany sprzęt. Mocna fala, rzuca łódką. Schodzimy na 17 m, teren płaszczkowy. Nasza przewodniczka jest maniolką muren, ciężko się je ogląda w silnym prądzie. Za to płaszczki nie zawodzą i tu i tam widujemy je majestatycznie płynące lub ukryte na dnie. Żałuję tylko, że przez to że kończyło mi się wcześniej powietrze Aga straciła ostatnie trzy minuty, gdy chłopaki znaleźli całe stado płaszczek płynących jedna na drugą, to musiało być fajne. Za to na plaży, w słodkowodnej lagunce Dzianis wypatrzył ogromnego suma, chyba z ponad metrowego. Dobrze, że nie krokodyla, bo ponoć tu i ich nie brakuje. Po drodze kupujemy jeszcze świeżutkie ananasy, malutkie po 5R szykują nam do zjedzenia na miejscu jak lody na patyku, słodkie i soczyste. Dużego, wyglądającego na super dojrzałego bieżemy ze sobą, był pyszny dziś na śniadanie.

Następnego dnia mamy mieć pierwszego nurka o ósmej, pada, chłodno. Mi w mojej piance 5mm jest cieplutko, ale reszta podmarza. Pierwszy nurek dekompresyjny bo siedzimy na 30m przez 20 minut.  Tak nie wiadomo po co. Korale kapuściane, nic ciekawego tam nie ma. Marliny się nie pojawiły. Pijemy kawę i zagryzamy samosą nadziewaną masą ziemniaczano-curry. Takie śniadanko. Odpoczynek, muszę odpocząć bo siadają mi zatoki, zaczyna mi lecieć krew z nosa. Za chwilę kolejny nurek. Szykujemy się i już mamy wsiadać do łodzi gdy pada okrzyk – Delfiny!

Rzeczywiście kilka, skaczą na falach o i jeszcze tam. Przeskakują grzywy piany. Od razu robi się radośnie. I to odpowiedni początek dla tego nurka – był fantastyczny. Na 10-14 metrach śliczna rafka bogata w kolorowe korale i mnóstwo drobnych ryb. Cóż za przyjemność powisieć sobie nad nimi i popatrzeć jak polują, pływaja, krzątają się koło swych rybich obowiązków. Nie trzeba się spieszyć, można cieszyć się kształtami i barwami podwodnego świata. Mógłym tak godzinami. A tu zakamarki, Aga szaleje zaglądając w każdą dziurę i pływając wkoło jak młoda wydra. Ja zaś mogę się porozglądać, nawet powietrze schodzi wolniutko, nie muszę się niczym przejmować. Młodziutka przewodniczka płynie też spokojnie, nagle brzęczy dzwonkiem i pokazuje w toń. A tam śliczny rekin białopłetwy, duży nie jest, najwyżej z póltora metra, ale porusza się majestatycznie. Aż nie chce się wynurzać. Fala odpycha nas od łodzi i jeszcze na powierzchni mogę popatrzeć się na rafę w dole. Potem tylko otrzeć krew z twarzy i czternasty, ostatni nurek zakończony. Pogoda tak paskudna, że nie mamy ochoty na jeszcze jeden.

Na lunch proponują pizzę, trochę się krzywię, bo nie wierzę w dobrą pizze, ale na miejscu wraca mi uśmiech. Nie tylko to, że miejsce „The Lighthouse” super, takie luźne, ale ładne, jak to oni w RPA potrafią, ale i pizze ciekawe. Z bakłażanami, z biltongiem (suszonym mięsem wołowym), z kurczakiem w kokosie, z dynią lub z chorizo. My wybieramy z kurczakiem kokosowym i z bakłażanem, do tego pyszna sałatka z grilowanej dyni (butternut squash) i pomidorków z orzechami i sałatą. Dwa kieliszki Beyerskloof Pinotage – bardzo solidnego, choć taniego Pinotage z Robertson. Pizza okazuje się na doskonale cienkim cieście, co prawda tę z kurczakiem trzeba było doprawić chili, ale za to spróbowałem kawałek z biltongiem – była smakowita.

Mżący wieczór spędziliśmy odpoczywając, a rano trzeba było się spakować i opuścić Sodwanę, naprawdę żałowałem, bo był tam taki niespotykany spokój i dawno tak dobrze nie spałem. Może kiedyś uda się tu zrobić wypad z Johannesburga na dwa dni nurkowania?

R'n"R po mozambicku


Ponto d’Ouro – kwiecień 2013
Gdybym nie był gdzie indziej w Mozambiku, to po Ponto d’Ouro myślałbym, że to beznadziejny kraj. Miasteczko to rozjeżdżona przez południowoafrykańskie terenówki błotnista po deszczu, pylista wieczorem, imprezownia. Organizacja nurków do bani – chyba nigdy nie zaczął się z mniejszym niż godzinne opóźnieniem, co szczególnie fajne gdy planowany był na 6 rano. Plan dnia nie istnieje, nawet na plażę daliśmy radę pójść tylko raz. Szkoda bo właśnie plaża jest w Ponto najładniejsza. Odejdziesz 200m i spokój, pusto, biegają stada krabów, tylko fale biją o brzeg.
Główna atrakcją Ponto jest imprezowanie, choc trunki poza lokalnym rumem niespecjalnie tańsze niż w RPA. Ale pół literka rumu za 2zł to niezły wypas. Miesza się to z jadowicie sztucznym i różowym napojem malinowym i podaje w wielkiej szklanie lub kuflu z lodem. I mamy R’n’R – Rhum and Raspberry.

Ohydne jak na mój gust, chyba, że wciśnie się do tego pół cytryny. Ale procent trzyma i jakoś to dla miejscowej rzeszy ‘turystów’ najważniejsze.

Po nurkach mam mieszane wrażenia. Północy nie dorównują, po dwóch pierwszych nurkach właściwie byłem wściekły.  Nudno, nic ciekawego, słaba widoczność, takie kiepskie egipskie nurki i jeszcze pierwszy z kursantami OWD co deptali po głowach i miotali się jak szaleni. Ale wczoraj było inaczej. Na porannego nura krzywiliśmy się – bo miało być pół godziny na 14 metrach, to po co wogóle się przbierać, szczególnie że Śmingus przywitał nas zminym deszczem i Aga szczękała zębami.  Jednak rafa Doodles okazała się cudowna. Ogromne ławice młodych ryb, wpływało się w nie jak w chmurę a one złociły i brązowiły się koło ciebie, chwilami pobłyskując niebieskimi plamkami. Mnóstwo życia na rafie, a potem pojawiły się wielkie grupery, które bez lęku podpływały tak blisko, że Cezary jednego nawet głaskał po brzuchu. Quentin wypatrzył, ognisto-czerwnonego anemona, wyglądającego jak mech, w którym ukrywał się maleńki czarny błazenek. Cudo. Tylko zdjęcia nie mamy, bo Quentinowi ukradli aparat, taki luksus.

A jeszcze na koniec pojawiła się płaszczka, najwyżej dwumetrowa, ale fajnie zobaczyć.
Potem mieliśmy zejście na rafę Atlantis na 40 metrów. Jak ładnie Dzianis określił dive master (czyli prowadzący nura) był obes*any. Najpierw straszył jaki to trudny nurek, jak musimy uważać, kontrolować czas i dekompresję. A pod wodą to szalał – punktualnie po 6 minutach od zejścia zaczął płynąć w górę. Nie byłoby w tym nic złego, bo przejżystość wody była dobra i z 28-30 metrów było fajnie widać. Ale nasz mistrz świata parł do 17 metrów i potem zaczął tam siedzieć. Minuta, dwie, pięć, dziesięć... Nic się nie dzieje, wkoło plankton. Zespół był wdzięczny jak zaczęło mi się kończyć powietrze i musieliśmy się wynurzać na przystanek bezpieczeństwa na 5 metrów.

Wróćmy jednak na chwilę na dół. Mi to zejście nie przyszło bez wysiłku, mam trochę problemów z zanurzaniem, ale już od 25 m szło płynnie. Woda zrobiła się chłodna (Aga na wszelki wypadek założyła na i wierzch drugą piankę z krótkim rękawem, jej kamizelka z kapturem przepadła w buszu, ciekawe czy tam murzyni biegają w niej jako w ostatnim krzyku mody) i jasna. Mi minął strach, może to narkoza azotowa? Na grani rafy, na jakiś 38m, piękne korale drzewiaste – zielone, kołyszą się majestatycznie w wolnym strumieniu wody. Sporo ryb, choć nic spektakularnego. Ale krajobraz napawa spokojem. Spoglądam na komputer nurkowy – zszedłem na 39,6 – no nie, więc szybko spływam w dół, jest 40,2m. Zaliczone! Wkoło taka cisza i spokój. Tylko po chwili dive master kwacze, że czas minął. Aż szkoda się podnosić, ale z głębokością nie ma żartów, jeszcze minuta-dwie i wszedł bym w dekompresję. Śliczne miejsce.
Tak więc nurki nienajgorsze ;) choć bez szału.

A co ze słynnymi krewetkami mozambickimi? No na kolację kupili nam dwa kilo, myślę, że w rozmiarze tzw 16 na kilo, tutaj to nie imponuje. Jeden z afrykanerów zamarynował je w czosnku, brandy i piri-piri. 
Ja dorobiłem pomidory.

Byłyby super, gdyby nie ich tendencja do przesmażania. Mięso krewetki łatwo traci naturalną spoistość i zaczyna się rozpadać przy wydłubywaniu z pancerzyka. Ale sos był dobry, z przyjemnością oblizywałem skorupki. Próbowałem też żółtej rybki – angelfish – niestety rybę w barze też przesmażyli, a szkoda bo ciemne, jaby dzikie mięso byłoby bardzo dobre zrobione w sam raz. Rano z prawdziwym zadowoleniem opuściłem Ponto d’Ouro.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

W buszu, w barakach i pod wodą


Mozambiku ciąg dalszy  – Ponto d’Ouro, kwiecień 2013

Pobyt na północy (oczywiście na północy względnej, bo od granicy Mozambiku dzieliło nas jeszcze 1500km linii brzegowej) niestety dobiegł końca i trzeba było ruszyć na południe. Wspomnienia zostają.
(poranny wymarsz handlarzy)

(koleżanka lanusta zanim wyciągnięto ją z wody na nasz stół)

Jedziemy do Ponto d’Ouro od strony Maputo, wiadomo, że ostatnie 30km będzie kiepskawe po wydmach, ale co wcześniej.  Quentin dzwoni do znajomego:
- I jak?
- Spokojnie, jechałem tydzień temu, ot tak wolniej się jedzie.
Ruszamy. O mało nie przejechaliśmy skrętu, bo Quentin nie mógł uwierzyć, że trzeba skręcić w ten szeroki pas ugniecionej czerwonej ziemi.  Ale jedziemy.  Zakręt i coś stoi przed nami. W poprzek drogi płynie rzeka, czerwono-biały słupek pokazuje gdzie pewnie niedawno był mostek. Teraz utkwiła tam półciężarówka, przednie koła zapadnięte. Silnik wyje – próbują w tył, w przód, pięciu murzynów pcha, nic nie wychodzi. Z prawej omija ich terenówka, trochę podstakuje, ale jedzie. No to my tą samą drogą.  Antoine wychodzi z wozu sprawdzić przejazd. Brodzi w rwącej wodzie. W pewnej chwili zapada się powyżej kolan – taki rów podwodny, naszym busikiem nie przejedziemy pomimo napędu na cztery koła. Cezary wyskakuje. Z Antoine dzwigają kamienie i układają z nich podjazd w wymtym rowie.

Quentin naprowadza na kamienie- wrr, wrr – przejeżdżamy.  Kończy się miasto, zaczyna busz.  Droga polna. Olbrzymie kałuże, tę ominąć z prawej, tę z lewej i tak do przodu, wychodzi ze 30km/h a mamy 140km do Ponto. Wyrwy i jeszcze więcej wyrw. Przysypiam. Po półtorej godzinie widać światła – dojeżdżamy do drogi poprzecznej.  Z baru na skrzyżowaniu dobiegają dudniące dźwięki murzyńskiego rapu. Wchodzimy do baru, chlopaki chcą piwa. Cena jego rośnie w miarę zamawiania, miało być po 30, nagle robi się po 40 i jeszcze po dychu zastawu za butelkę (bezzwrotną). Ale czego się nie robi dla kierowców, wyskrobujemy resztki meticali. Dalej w drogę. Ta poprzeczna jest częściowo asfaltowa. I to jeszcze gorzej. Ogromne wyrwy, mało nie zjeżdzamy do rowu, rzuca wozem jak wściekłe.
- Coś jest nie tak -  mówi Cezary – słyszę gruchotanie w tylnym moście.
Zatrzymują.  Cezary świeci, ogląda
- Nic nie widać.
Jedziemy dalej, Gruchotanie dobiega raz głośniej raz ciszej.  Zasypiamy. Postój, już druga w nocy. Quentin wychodzi, wiadomo, do tyłu, za przyczepę. Nagle słychać przekleństwa w Afrikaans.  Wyskakujemy z wozu. W przyczepie nie ma drzwiczek, bagaż przewala się w środku. Co zginęło i gdzie? Nie wiadomo. Moje torby są. Cały sprzęt nurkowy na miejscu. Nie ma torby Antoine? Czego jeszcze?  Co robić?
- To może we dwójkę zostaniemy tu z przyczepą, a wy wrócicie poszukać? – proponuję
- Nie chcę was dowieźć na kemping, wrócimy później – oświadcza Quentin.  Dzwoni do kuzyna umawia się na wóz.  Bo i nasz bus w marnym stanie.  Zderzak pęknięty, blotniki obcierają.
Spuszcza nieco powietrze na drogę przez wydmy. Docieramy po trzeciej, w Ponto wzdłuż głównej drogi trwa impreza. Kemping. Rozpakowujemy bagaże. No i nie ma torby Agi – nowiutki Caterpillar i wszystkie ubrania, dodatkowe stroje nurkowe, akcesoria, kostiumy do nurkowania, bielizna, buty na powrót do kraju... Został tylko podstawowy zestaw nurkowy.

Rano pukają do naszych drzwi, składka w rodzinie Quentina zaoowocowała zestawem bielizny, odzieżą sportową do nurkowania, kilkoma T-Shirtami - potem małe zakupy na bazarze - afrykańskie spodnie, sukienka, jakoś może przeżyje. Nawet bardzo nie rozpaczała, dzielna dziewczyna, choć niektórych rzeczy szkoda.  Ciekawe czy PZU wypłaci odszkodowanie za zgubiony bagaż?
No, ale wróćmy do Ponto d'Ouro.  Cezary znalazł niezłe określenie - baraki partyzantów wietnamskich.  Nawet logo się zgadza.
Co wam będę opisywał - przeczytajcie sobie moją opinię na Tripadvisor... ww.tripadvisor.com

Ale przyjechaliśmy tu nurkować.  I nurki są różne.  Wczoraj słabiutke, ale dzisiaj pełen odpał.  Napiszę o tym jutro, by Was w tym zimnie nie skręciło ;)  Ale takich ławic to nie brakowało:

niedziela, 31 marca 2013

Rekiny, raje i langusty - Mozambik wita


Barra Reef, Inhambane - marzec 2013
Byliśmy na Barra Reef koło Tofu, Inhambane w Mozambiku.  Nie było internetu.  Całkiem, nawet na komórce.  A wczoraj to i bez zasięgu – jak za dawnych dobrych czasów, więc oczywiście spore zaległości w blogu.

Aga wymyśliła Mozambik jeszcze w 2011 będąc w Tajlandii. Ja też chciałem zobaczyć, może wolałbym Wietnam, ale skoro niedawno pojechałem do Szanghaju, to Mozambik niezła opcja, szczególnie, że mi odpadł przelot. Dzianis jako organizator parł do przodu, znalazł świetnego partnera z RPA (http://www.scubaq.co.za/ póki co polecam) i wynegocjował dobrą cenę, mimo że po kolei uczestnicy się wykruszali i została nas tylko czwórka.

Pobudka o 3:30 w niedzielę.  Wyruszamy z Benoni (przedmieście Johannesburga) w kierunku Mozambiku.  O 9:00 na granicy, wcześniej ostatnia kawa Illy w bardzo eleganckim przybytku przy ostatnim południowoafrykańskim Spar.  Zła wiadomość – kolejka dla nas (ciągniemy mikrobusem przyczepę ze sprzętem nurkowym) na trzy godziny.  Ogon półciężarówek załadowanych wszystkim – czego tam nie ma to nie wiem, nawet stare meble – jadą z bogatego kraju do biedoty.  


Słońce praży.  Upał. Pojawia się czarny młodzieniec.  Szepty, rozmowy, targi – no i za 100 randów będzie bez kolejki, rozliczenie jak dostaniemy wizy do Mozambiku.  Udaje się.  I tak wszystko trwa półtorej godziny, dziś cena wizy $82, dostajemy wizy ze zdjęciem, pokwitowania – na nich waluta zapłaty, ale nie ma kwoty ;)  Witamy w czarnej Afryce.

W Mozambiku było ponad 500km ciężkiej jazdy, na noc w bazie.  Od rana nurki.  O nurkowaniu w Mozambiku może napiszę dokładnie kiedy indziej, a zresztą Dzianis pewnie da mnóstwo filmów na sieci.  Warunki były ciężkawe, rafy dość daleko, po pół godziny w jedną stronę pontonem przy trzymetrowej fali.  Najpierw zabawa w sypchanie go z mielizny.

- Raz, dwa – fala przychodzi – trzy! Teraz! – komenderuje pilot i pchamy.  I pchamy.  I kolejny raz.
- Kobiety na pokład – pada komenda.  I znowu pchamy. – Wszyscy na pokład! – ruszają dwa stuczetrdzierstokonne silniki.
Pierwsze 10 minut cieszysz się bryzą, co chłodzi piankę, skokami na falach i uśmiech nie schodzi z twojej twarzy.  Kolejne dziesięć palce zaciskają się coraz bardziej kurczowo na linach a stopy przechylasz by pewniej siedziały w pętlach.  Ostatnie dziesięć minut obiecujesz sobie, że jak przeżyjesz to więcej nie wsiądziesz na ponton.  I tak dwa razy dziennie.  Potem plums do tyłu i trzeba od razu 20-30 metrów w dół, bo mocny prąd.  Dobrze, że Dzianis pilnował bym zszedł bo w panice nachłeptywałem się powietrza i płuca unosiły mnie jak balon.  Ale na dole super.  Nawet zwykłe skrzydlice robią wrażenie:

 Taka rafa Amazon, płyniemy, małe ryby harcują, pod nawisem wije się ogromna nakrapiana murena i wtedy pojawia się ON. 

Szary długi na trzy metry obły kształt.  Wrednawy pysk. Rekin tygrysi. Podobno niezwykle rzadki w tych wodach.  Jednak strach zbliżyć się za bardzo.  A ja i tak, za nim nie popłynę, bo muszę uważać na zżeranie powietrza, większość nurków kończę na 20-30 barach.
- Ale mieliście farta – szef centrum nurkowego jest podniecony – jak dwadzieścia lat tu nurkuję to rekina tygrysiego nie widziałem.
Tylko Mant Olbrzymich, co miały się kłebić w tych wodach jak nie było tak nie ma.  Ale jest co świętować.

Przygotowania zaczęły się rano.  Jak tylko wstajemy pojawia się koło naszego słomianego domu (ściany z trzciny – jak widać) pierwszy handlarz z bułkami.  

Potem owoce, nędzniutnie, raz kupiłem papaję i kokosa i tyle.  A potem czarni młodzieńcy z pojemnikami chłodniczymi.  To najważniejsze.  Krewteki, langusty, kraby.  Zaczynamy od dorodnych langust.  Po 30zł za kilo (300Mts – a, uwaga, w Mozambiku niełatwo wymienić pieniądze i sporo bankomatów przyjmuje tylko Visa nie Mastercard).  Jest nasz szóstka, czwórka z Polski i dwóch południowoafrykańskich organizatorów, więc trzy sztuki, cztery kilo. Będą na danie główne, a gdzie przystawki?  Warto by jakieś krewetki.  Ci pierwsi mają nędzne, małe jak w naszym supermarkecie.  Nie przyjeżdżałem do Mozambiku by jeść małe krewetki ;)

Czekamy na większe, pojawiają się kolejni.  W końcu jeden z takimi przyzwoitymi tygrysimi.  Koniecznie chce nam opchnąć pół wiadra – Cheap, cheap.  Ale my wybieramy 20 sztuk, 3 kilo, za 120zł.  Nie dziwię się chłopakowi, że nie chciał spuścić z ceny, bo zostały mu same nędzne.
Wieczorem przyrządzanie.  Cezary uciera masło z czosnkiem i chili.  Dzianis i Quentin biorą się za duszenie ich na gazowym woku. Posypanie jakąś mieszanką do krewetek, nie najbardziej udaną, dopiero później skojarzyłem, że trzeba było dodać ginu. Parę chwil – czerwone na jednej stronie.  Przerzucenie na drugą, ważne by nie przedusić.  Gotowe.


Palce lizać.  Wtedy okazuje, że Antonio ma uczulenie i będzie jadł boczek.  Więcej dla nas.  Eh, brakuje chleba by wytrzeć do czysta sos.  Do tego pomidory z czosnkiem i cebulą, pracowicie zdobyte przeze mnie na lokalnym straganie (wybrałem wszystkie 6, które nadawały się do jedzenia) i takie lżejsze czerwone wino Blue Arte – jeszcze pamiątka z Hiltona.

Ale gwoździem programu są lagusty.  Quentin okazuje się mistrzem.  Najpierw na grillu.  Dostają zapachu ognia i ogon lekko przypieczonej skórki w rozcięciu.  Potem na wok i masło czosnkowe.  Niby nie jesteśmy już tak głodni a nie możemy się doczekać. Pierwsza wchodzi na stół.  


Mmm, jakiż ten ogon cudowny.  Słodkawe mięso o niepowtarzalnym smaku, taki ma tylko langusta, przygrilowane, z czosnkiem, a ciągle sprężyste, ani chwili nie przegotowane.  Potem wyłamywanie nóg i wysysanie ich do czysta – i to mięsko spod czułków.  Przy ostatniej languście sił starczyło tylko na połowę nóg, szczególnie, że spotkała nas niespodzianka.
Pojawiła się sąsiadka. Dzianis i Antonio dawali techno na full.
- Nic tylko z pretensjami, że za głośno – spekuluje Aga.
Ale nie starsza pani wyjaśnia, że mają dużo duszonych krabów i czy chcemy się poczęstować.  No chcemy, mamy sporo ryżu.  Krabiki to żadne jedzenie, trochę wyssania mięska z kawałka wielkości dwuzłotówki, ale sos – idealny.  Ostry, rybny, lekko mulisty, pyszny dodatek do ryżu.  Zasypiamy ze szczęśliwie wypełnionymi brzuchami.

A raje? – zapytacie.  No raje się pojawiły.  Co prawda w Zavora, cudnej dziurze 100km na południe od Inhambane.  Miał być nurek na poszukiwanie mant.  Na Deep South Reef, na 32 metrach śmigają jak rakiety małe, niebiesko nakrapiane płaszki trójkątne.  Rafa przecudna, takiego bogactwa ryb jeszcze nie widziałem. A wszak nurkowałem i w Hurgadzie, Marsa Alam w Egipcie, na Cozumel, Jukatanie w Meksyku a nawet na Wielkiej Rafie Koralowej (no tam tylko raz).
Słychać kwakanie piszczka Quentina i cały zespół obraca się w lewo.  Pojawia się, porusza się powoli płaski kształt. Falują boki, więc nie Manta.  Ale ma ze 3m.  Olbrzymia raja płaszczka ogoniasta (sting ray). 

Wyłupiaste oczy obserwują nas uważnie.  Zatacza łuk, przepływa pod nimi, potem w moją stronę, nie wiem, metr czy pół pode mną, z wrażenia podkulam nogi i staram się nie machać płetwami by nie zawadzić.  Piękna, majestatyczna.
  
  
Pomyśleć tylko jakież wrażenie musi robić taka siedmiometrowa manta! A ileż tam było innych cudownych ryb.  Najlepszy nurek w moim życiu.